Roman Żelazny (okazał się agentem UB - ustalono to pod koniec 2008 r.)

Z PIWNICY NA KATZBACHSRASSE
DO OGRODU ANGIELSKIEGO

Strona 205 (1)

Zelazny

    ROMAN ŻELAZNY urodził się w 1953 r. w Krasnymstawie. W 1978 r. ukończył filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim oraz Podyplomowe Studium Kultury Współczesnej (1979 r.). W 1981 r. podjął studia doktoranckie na tym samym uniwersytecie, przerwane stanem wojennym. 13 grudnia 1981 r. internowany najpierw w Chełmie, potem we Wlodawie. W latach 1980-1982 nauczyciel i zastępca dyrektora II LO w Chełmie. Po wyjściu z internowania zwolniony z pracy. W 1983 r. wyjechał z Polski. Od 1984 r. na stałe mieszka w Monachium. Członek Towarzystwa "Solidarność" e'v. w Berlinie Zachodnim oraz współredaktor dwutygodnika "Pogląd - Die Meinung" (1983-1987), w latach 1986-1987 redaktor odpowiedzialny w tym piśmie. W latach 1984-1985 był rzecznikiem prasowym Zjednoczenia Polskich Uchodźców (ZPU) w Niemczech. Współpracownik Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa w Monachium (1987-1990), a od 1990 r. redaktor RP RWE w Monachium (do 1994 r.) oraz w Warszawie

 

 

 


Na Bahnhof zoo nie czekał nikt. W Berlinie nikt nie czekał. Ani w Niemczech. Gdy wysiadłem z pociągu, pierwszym uczuciem, jakie mnie opanowało, oprócz ulgi, była samotność i zagubienie. Stałem na peronie zimnego, szarego dworca, pierwszego dworca w wolnym świecie, gdy wjeżdżało się od strony granicy na Odrze i Nysie, obok mnie żona, córka i pies, tak samo zagubione, sparaliżowane niepewnością jak ja – stałem więc na peronie' zachodnioberlińskiego Bahnhof ZOO i czułem się przeraźliwie samotny. Dworzec był brzuchem biblijnego wieloryba, a ja, jak Jonasz, musiałem go opuścić. Zanurzyć się w świat jeszcze bardziej nieznany, anonimowy, potęgujący samotność.

Wracać? To nie wchodziło w rachubę. Bo samotność odczułem w Polsce. I byłem nią wstrząśnięty. Czuć się samotnie w obcym kraju, wśród ludzi odmiennej kultury i języka, w świecie nieznanych napisów, znaków i pojęć, to nie takie straszne. To się da zracjonalizować i zrozumieć. Ale poczucie osamotnienia we własnym kraju, wśród rodaków, w otoczeniu, do którego miało się od dzieciństwa niemal bezgraniczne zaufanie, uderza naprawdę bardzo mocno. Zaległo ono nade mną po wyjściu z internowania. Zrobiło się wtedy wokół mnie pusto. W mieście wojewódzkim, które nigdy nie powinno się takim stać, we wschodniej Polsce, szybko się robiło pusto wokół kogoś, przeciwkokomu zwra-

Strona 206 (2) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

(1994-1997). Autor komentarzy kulturalnych. politycznych oraz prowadzonych na żywo audycji "Fakty, wydarzenia, opinie", "Panorama dnia", a także licznych wywiadów z wybitnymi przedstawicielami świata kultury, nauki i polityki. Moderator dyskusji w RP RWE m.in. z udziałem prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego, Zbigniewa Brzezińskiego (b. doradcy prezydenta Jimmy Cartera ds. bezpieczeństwa narodowego), Andrzeja Olechowskiego (b. ministra spraw zagranicznych RP), Krzysztofa Skubiszewskiego (b. ministra spraw zagranicznych RP), Richarda Pipesa (prof. Harvardu i b. doradcy prezydenta R. Reagana), a także moderator międzynarodowej konferencji "Demokracja i Media" zorganizowanej przez koncern medialny Bertelsmann AG w Zaborowie k. Warszawy. Od 1984 r. korespondent nowojorskiego "Nowego Dziennika" w Niemczech. W 1994 r. opublikował książkę pt. Rok cudownej katastrofy, będącej zbiorem wywiadów z najwybitniejszymi postaciami sceny politycznej, kultury, gospodarki i nauki w Niemczech, m.in. Willym Brandtem, Manfredem Woernerem, Ritą Suessmuth, Golo Mannem, Ottonem hr. Lambsdorffem. Publikuje w prasie polskiej, m.in. w "Rzeczpospolitej", "Tygodniku Powszechnym", w periodyku "Śląsk Opolski". Współautor audycji dla TVP z terenu Niemiec.

cał się aparat władzy totalnej. Ludzie musieli jakoś żyć, mieli w końcu pracę i dzieci, chcieli dostać mieszkanie i talon na "malucha". Znajomość z kimś, kto był w niełasce, mogła wszystko to popsuć i zniweczyć. Pełniłem wtedy funkcję wicedyrektora liceum ogólnokształcącego i widziałem, jak spadają nastroje w pracy. Zespół nauczycielski, który zapamiętałem jako w znakomitej większości świetną, związaną mocnymi więzami i oddaną ideałom "Solidarności" grupę ludzi, jakby implodował. W szkole kierowanej po 13 grudnia po cichu przez komisarza wojskowego, a formalnie przez nasłanego przez miejscowych "politruków" urzędnika wydziału oświaty, pojawiły się zachowania dezintegracyjne oraz prowadzące do izolacji. I kto wie, może gdyby nie siła i głębokość tego przeżycia, może nie wyjeżdżałbym z kraju.

   A tak – decyzja zapadła. Nie zmieniły jej nawet zdany egzamin i podjęcie studiów doktoranckich na uniwersytecie we Wrocławiu. Kilka dni przed wyjazdem odbyłem jeszcze rozmowę z dyrektorem Instytutu Filologii Polskiej prof. Czesławem Hemasem. Gwałtownie szukałem potwierdzenia, że to, co robię, jest słuszne. Profesor, naukowiec i człowiek o niepodważalnym autorytecie, wysłuchał mnie i najwyraźniej rozumiejąc mój dylemat przekazał mi na przyszłość radę, którą w pierwszej chwili odebrałem jako nieco pytyjską, ale która z czasem okazała się jedną z najświatlejszych w  moim

 

życiu: Cokolwiek pan zrobi, najważniejsze, proszę pana, to utrzymać porządek wewnętrzny. Parę dni później wieloryb dworca Zoologischer Garten wypluwał mnie na berliński bruk.

***

   Berlin Zachodni był miastem otwartym, w tym sensie, że wjeżdżało się do niego bez wizy. Na przybyszach musiał sprawiać niesamowite wrażenie. Na pierwszy rzut oka miał wszystkie cechy normalnego, wielkiego miasta na zachodzie Europy. Zalew towarów w KaDeWe, wyrafinowany luksus butików na Ku'dammie, eleganckie

Strona 207 (3) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

księgarnie, kina i teatry dzielnicy Schoeneberg, przepyszne wille Grunewaldu i Zehlendorfu, idylliczna zieleń i plaże nad Wannsee, kolorowe żagle jachtów na Haweli. Spokój, stabilizacja, sytość.

   Na drugi rzut oka Berlin Zachodni odsłaniał szkaradną twarz – zaniedbaną dzielnicę tureckich gastarbeiterów Neukoeln, ponurą, na pół zrujnowaną oazę wszystkich zbiegów przed służbą w Bundeswerze oraz anarcholewicowych fanatyków "pokojowej alternatywy" Kreuzberg, dwa lotniska w granicach zamkniętej metropolii Tegel i Tempelhof, z których to drugie zachowało stan z okres "mostu powietrznego" i walki o utrzymanie niezależności miasta, rozbitą jedność urbanistyczną dzielnicy Tiergarten, oddzielonej od położonej we wschodniej części miasta dzielnicy Berlin Mitte odrażającą blizną muru.
   W latach 80. władzę nad Berlinem Zachodnim formalnie sprawowali komendanci wojskowi poszczególnych sektorów – amerykańskiego, brytyjskiego i francuskiego. Faktycznie rządził miastem senat i wyłaniany przez parlamentarną większość "rządzący burmistrz" (Regierender Bürgermeister). Ten układ powodował, że Berlin Zachodni stanowił integralną, ale wydzieloną część RFN. Integracja z macierzą była zupełna w sferze gospodarczej, jeśli chodzi o pieniądz i administrację. Sprawa komplikowała się politycznie i prawnie. Obywatele mogli wybierać wszystkie organy przedstawicielskie w państwie, ale żadne centralne organy przedstawicielskie państwa – ustawodawcze, wykonawcze i sądownicze, nie mogły mieć swojej siedziby w Berlinie Zachodnim. Jego mieszkańcy podlegali prawu RFN, ale np. prawo o służbie wojskowej ich nie dotyczyło.
    Nade wszystko jednak Berlin Zachodni był wyspą  – wprawdzie dostatnio zaopatrzoną i oferującą luksus demokracji pośrodku totalitarnego morza, ale jednak wyspą. Jedni się w tym odnaleźli, dla wielu jednak status ten okazywał się po pewnym czasie coraz trudniejszy do zniesienia.

***

   Misja Czerwonego Krzyża na dworcu Zoologischer Garten znała takie przypadki. Szybko zostaliśmy skierowani do obozu dla przesiedleńców na Marienfelde. Spędziliśmy w nim dwa tygodnie, z czego część upłynęła na przesłuchaniach przez pracowników wywiadu amerykańskiego. Potem skierowano nas do podrzędnego (ze względu na psa) pensjonatu przy Maaßenstrasse w dzielnicy Schoeneberg, gdzie znaleźliśmy się w towarzystwie marginesu ludzkiego, który mógł funkcjonować chyba tylko w tak wyjątkowym miejscu, jakim w całych Niemczech był Berlin. Stąd droga zaprowadziła mnie prosto na Katzbachstrasse.

 

Strona 208 (4) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

   0, piwnice berlińskie! O, sutereny starych kamienic! Ile w was smutku, szarości, przygnębienia. Nie zachęcacie do wejścia. Odpychacie obskurnym wyglądem i stęchlizną udającą powietrze. Liszajem odpadających tynków. Wilgocią. Wasze lufciki są jak przysłowiowe ucho igielne, przez które usiłuje przecisnąć się wielbłąd światła i świeżego powietrza. Jesteście jak przedsionek piekła Dantego, do którego droga prowadzi przez schody-pułapki,chwiejne i niepewne mosty do królestwa wiecznego mroku i wilgoci, przez skrzypiące niczym w kiepskim filmowym horrorze drzwi, przez nisko zawieszone, czyhające na głowę przybysza futryny, gzymsy, framugi. Wypełnia was kurz, zasłony pajęczyn i gruba warstwa gromadzonych latami, niepotrzebnych rupieci. Wasze ściany i stropy oplata tasiemiec rur centralnego ogrzewania, które co chwila wydają z siebie potępieńcze odgłosy, i kanalizacyjnych, które wyśpiewują grubiańską, bełkotliwą pieśń o życiu mieszkańców górnych kondygnacji. Wieje od was marnością, przemijaniem, rozpadem i śmiercią. Kto tu trafia, czyni to z musu bądź przypadku. Czasem jest to jakiś bezdomny (Obdachlose) , żeby schować się przed brutalnością nocy wielkiego miasta. Prostytutka z frajerem na szybki kick. Pijak tu właśnie docierający do dna nałogu. Zamroczony narkoman po dawce "koksu". Wielkie miasto w waszych wnętrznościach chowa wybrakowane egzystencje. Ale czasem... Bardzo rzadko, jednak zdarza się, że w waszych murach zjawiają się całkiem niezwykli goście. Na przykład ludzie redagujący jakieś pismo.

***  

   Do piwnicy na Katzbachstrasse trafiłem w pierwszych dniach września 1983 r., w niecały miesiąc po przyjeździe. Adres podał mi poznany w Berlinie przesiedleniec, drogę znalazłem sam. Nie liczyłem, że zastanę normalną redakcję. Nie zdziwiłem się więc tym, co zobaczyłem. Choć zarazem siermięga warunków panujących w tej "piwnicznej izbie" robiła naprawdę deprymujące wrażenie. Dogadaliśmy się szybko. Przedstawiłem się nowym kolegom, potem odbyłem rozmowę z szefem całego przedsięwzięcia, Edwardem Klimczakiem. Byłem jedynym internowanym członkiem zespołu, ale nie o to chodziło. Od razu wyczułem, że tu nie na tej podstawie ocenia się ludzi. Było to absolutnie po mojej myśli.
   "Pogląd" 1 wychodził wtedy drugi rok. Po wstępnej fazie, kiedy pismo ukazywało się jako "Biuletyn Informacyjny", był to okres dwutygodnika jako organu Towarzystwa Solidarność e.V.

1 Pismo ukazywało się od lutego 1982 do grudnia 1988 r., przy czym od listopada 1982 r., wychodziło już jako "Pogląd". Od lutego 1982 do listopada 1982 r. ukazywało się jako "Biuletyn Informacyjny Komitetu Obrony «Solidarności»".

Strona 209 (5) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

  Jak wspomniałem, pomieszczenia redakcyjne przy Katzbachstrasse były podłe. Za to jaki zespół ludzi! W życiu zdarzyło mi się dwa, może trzy razy pracować w tak świetnie funkcjonującym, zgranym i oddanym zadaniu gronie. Nie była to liczna grupa. Tym bardziej zasługuje na uwagę, co zrobiła. Dziś wydaje mi się to wręcz niemożliwe, żeby kilku ludzi udźwignęło, w jakże trudnych warunkach, ciężar wydawania dwutygodnika, jego niemieckojęzycznego alter ego, książek, miniaturowych wydań przeznaczonych do Polski. Do tego dochodziła imponująca akcja pomocy dla podziemnych i jawnych struktur "Solidarności" – przerzut wydawnictw emigracyjnych (paryskiej "Kultury", pism londyńskich – "Pulsu", "Polonii", "Aneksu"), papieru, farby i urządzeń drukarskich, kopiarek, pieniędzy. Nie prowadziłem księgowości tej akcji, ale oceniam, że tylko materialna jej wartość z pewnością wyniosła co najmniej kilkadziesiąt tysięcy marek. Sam przekazałem na rzecz "S" Regionu Chełmskiego kilkaset marek. Od czasu do czasu brałem udział w załadunku sprzętu drukarskiego. Przerzut odbywał się przeważnie barkami żeglugi śródlądowej, kursującymi między portami Polski i Niemiec. Jak pamiętam, w największym zakresie z pomocy "Poglądu" korzystała "S" Regionu Małopolska, Gdańsk i Mazowsze. Niemałe środki poszły również na konto "Solidarności Walczącej" Kornela Morawieckiego.
    Od razu zorientowałemsię, że zespół wyraźnie dzieli się na trzy grupy. Pierwszą tworzył... założyciel pisma Edward Klimczak – "kręgosłup", odpowiedzialny za całą "motorykę" przedsięwzięcia. Skomplikowana postać. Pracownik berlińskiego Wolnego Uniwersytetu (Freie Universitaet), wykładał na nim język rosyjski. Ustabilizowany materialnie i mocno zakorzeniony duchowo w tym mieście. Człowiek wielkiej ambicji i znacznie mniejszej wyobraźni. Dążył do przywództwa, chciał być autorytetem, ale brakowało mu charyzmy. Myślał o wielkich projektach, ale wplątywał się w małe sprawy. Miał dużą wiedzę, ale nie umiał jej należycie wykorzystać. Niewątpliwie Klimczak osiągnął jako twórca "Poglądu" wiele. Szkoda, że przeznaczenie nie dało mu pełnej satysfakcji. Bez względu na niedoskonałości charakteru – całkowicie na nią zasłużył. "Pogląd" był bowiem fenomenem wydawniczym, który w prasie emigracyjnej niewiele ma równych. Gdyby był przetrwał...
  Drugą grupą było małżeństwo Julity i Czesława Karkowskich – mózg zespołu i jego dusza. Ona – atrakcyjna kobieta, znakomita sportsmenka i dynamiczna dziennikarka z bogatą praktyką w tym zawodzie. Pisała i opracowywała poszczególne stałe rubryki w piśmie. Czasami (rzadko) odsłaniała "bipolarną" osobowość. Mianowicie, pod osłoną rzeczowości i dystansu można było wyczuć w niej pasję, emocje, jakiś trudny do zdefiniowania niepokój. On – polonista i filozof, człowiek o głębokiej,

Zel10
Zel11
Zel12
Zel13
Zel14

Strona 210 (6) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

wszechstronnej wiedzy i niezwykle wrażliwym umyśle. Jak naprawdę mało kto umiał łączyć stałość własnych przekonań ze zdolnością podejmowania otwartej dyskusji wokół poglądów, z którymi się nie zgadzał albo które budziły jego wątpliwości.
    Trzecią grupę stanowili pozostali członkowie zespołu redakcyjnego, zajmujący się dosłownie wszystkim – przepisywaniem tekstów na maszynie, składaniem pisma, jego kolportażem i sprzedażą, remontami, zakupami etc. Należeli do niej: Leszek Kaleta, dobry duch "Poglądu", kierował jego sekretariatem, człowiek wręcz bezgranicznie uczciwy; Bartek Koziewicz, który gdy wymagał tego interes pisma, mógł nie spać i nie jeść; Stanisław Ochocki, Andrzej Skulski, a nieco później Andrzej Sojka "obrotowi", przez których ręce przechodził każdy nawet najmniejszy tekst. Wreszcie last but not least Jacek Kotala (pseudonim: Klonowski), grafik odpowiedzialny za złożenie każdego wydania zanim trafiło ono do drukarni. Był to zespół, jak powiedziałem, wyjątkowy – przede wszystkim dlatego, że homogenny i bezinteresowny.

***

   Towarzystwo Solidarność i "Pogląd" przetrwały z górą siedem lat. Zakładane cele realizowały wręcz wzorowo. Mogę to z perspektywy czasu powiedzieć z całym spokojem. Co się na to złożyło?
    Po pierwsze upór – wręcz zaciekłość Klimczaka w działaniach na rzecz powstania i działalności wydawnictwa. Klimczak był zafascynowany magazynem politycznym "Der Spiegel". Marzyło mu się wykreowanie "Poglądu" na liczące się, opiniotwórcze wśród licznych w Berlinie i w całych Niemczech Polaków pismo, aby w ten sposób uzyskać znaczenie i wpływy polityczne w kręgach niemieckich. Dlatego doskonałym pomysłem było stworzenie "Die Meinung", odpowiednika "Poglądu", tyle że w całości redagowanego w języku niemieckim i przeznaczonego dla tegoż odbiorcy. "Die Meinung" wychodził zrazu regularnie, później zaczął dostawać "zadyszki". Powód był typowy – brak ludzi dwujęzycznych, którzy byliby w stanie udźwignąć ciężar tłumaczeń, redagowania itd. A było tego przecież co niemiara.
    Po drugie – doskonała jakość zespołu. Mimo różnic intelektualnych, doświadczenia, wykształcenia, wieku funkcjonował on całkowicie na zasadach partnerskich. Nie chcę upraszczać, ale wydaje mi się, że obowiązywał w nim wspólny mianownik, co do którego zgadzali się wszyscy – każdy następny numer pisma miał być lepszy od poprzedniego. Niewątpliwie liczyło się również porozumienie co do spraw zasadniczych – celów określonych w statucie Towarzystwa Solidarność, jak również subiektywnie odczuwana niechęć do totalitaryzmu.

Strona 211 (7) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

   Po trzecie – wkład Karkowskich na rzecz poziomu pisma. Uzupełniały go, rzecz jasna, niezmordowane starania Klimczaka o pozyskanie pieniędzy. Bez nich nie byłoby zapewne coraz lepszej jakości wydawniczej "Poglądu" – papieru, druku, zdjęć itd. Z drugiej strony sponsorów można było przekonać jednym – poziomem publikacji. Tych zaś gwarantem była wspommana para.
    Od kiedy trafiłem do "Poglądu", byłem świadkiem (jaka radość, że również współtwórcą) stałego, systematycznego jego rozwoju. Pismo zwracało się do szerokiego wachlarza odbiorców. Do "tolerowanych" w Berlinie Polaków, do przesiedleńców, do Polaków emigrujących na stałe. Do ludzi z uniwersyteckim wykształceniem i zasadniczym zawodowym. "Pogląd" docierał (i był akceptowany) do polskojęzycznej emigracji w całej bez przesady Europie, w USA, Kanadzie, Australii. Miał w tych krajach korespondentów i ludzi wspierających go piórem, a także pieniędzmi. Gdy inne wydawnictwa "fali solidarnościowej", jak Europa długa i szeroka, zamykały się bądź upadały, "Pogląd" rozwijał się w najlepsze. Pismo oferowało czytelnikowi jasny przegląd wydarzeń w kraju i na świecie. Zawierało przeglądy prasy krajowej, podziemnej i zagranicznej. W utrzymanych na dobrym poziomie publikacjach odnosiło się do ważnych wydarzeń w Polsce i na świecie. Gdy trzeba było, przyglądało się tym wydarzeniom z bliska, jak w przypadku wręczenia Lechowi Wałęsie pokojowej Nagrody Nobla. Z Oslo "Pogląd" otrzymał wtedy szczegółową relację dwóch swoich wysłanników. Było to osiągnięcie, którego mogło mu pozazdrościć wiele innych wydawnictw.
    Po czwarte – rozwojowi pisma sprzyjała sytuacja polityczna. Polska była stałym tematem wszelkiego rodzaju rozmów i doniesień. Interesowały się nią media i opinia publiczna. Za granicą znalazły się setki tysięcy rodaków, żeby przeczekać zły czas w kraju, bądź żeby na Zachodzie zacząć życie na nowo. W tej masie ludzi panował głód informacji. "Pogląd" starał się go zaspokajać, jak mógł.
    Po piąte – profil pisma. W okresie, gdy byłem członkiem zespołu, "Pogląd" był definitywnie pismem "środka". Ani Klimczak, ani Karkowscy, ani ja, gdy byłem redaktorem odpowiedzialnym, nie dopuściliśmy do jego "skanalizowania", do usytuowania go w bezpośredniej bliskości tej czy innej partii bądź opcji światopoglądowej. Pismo definiowały trzy wektory – wskazywanie dla Polski demokratycznej alternatywy, pomoc "Solidarności" oraz informacja i praktyczne rady dla ogromnej fali emigracyjnej z kraju, co robić w nowej rzeczywistości, jak poradzić sobie z konkretnymi, często wielce dokuczliwymi problemami codziennej egzystencji w nieznanym świecie. W tym kontekście dużym sukcesem była np. ksiązka Tadeusza Folka Prawo azylu. Oddała ona nieocenioną przysługę wielu Polakom, którzy

Strona 212 (8) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

chcieli w Niemczech rozpocząć życie na nowo i poszukiwali drogi w labiryncie prawa niemieckiego.

***

   Na osobną wzmiankę zasługuje tutaj działalność wydawnicza "Poglądu". Była ona jak na ówczesne warunki spora. Z wielkim nakładem pracy ukazały się pozycje licznych i różnorodnych autorów, wśród nich Polaku, kim jesteś? Witolda Wirpszy, Tomasza Jastruna Zapiski z błędnego koła, dwie pozycje Józefa Kuśmierka – Credo i Polska a Zachód czyli oczekiwanie na pomoc, wspomnienia z RWE Zygmunta Jabłońskiego Gabinet figur radiowych, Leszka Szarugi i Krzysztofa Zawrata W Polsce czyli nigdzie, Wiktora Grotowicza i Stanisława Olesia Czy Polaków stać na optymizm? Rozmowy ze Zdzisławem Najderem, Christiana Skrzyposzka Wolna Trybuna, polsko-niemieckie wydanie Listów z podróży Lothara Herbsta, reedycja Rewolucji bez rewolucji Leszka Moczulskiego, Dwie rozmowy z przywódcą KPN Janiny Frog i Tamary Sochackiej.
    Nie od rzeczy będzie również wspomnieć, że istotnym fragmentem działalności Towarzystwa Solidarność było wydawanie miniaturowych "Poglądów", których nakłady były w całości przerzucane do kraju.

***

   Pierwszy poważniejszy kryzys nastąpił na przełomie 1983/1984 roku, gdy Karkowscy oznajmili, że wyjeżdżają do USA. Powiało niepokojem, bowiem dla każdego było jasne, jaką rolę owa dwójka odgrywa. Na zwołanym pośpiesznie zebraniu padły, pod nieobecność obojga, przykre słowa. Żeby nie dopuścić do pogorszenia nastrojów, zabrałem głos i powiedziałem, że nie wolno mówić o "zdradzie", gdy mamy do czynienia z osobistą decyzją kogokolwiek z nas co do jego dalszych losów. Dyskusja skończyła się jak nożem uciął i w tym samym duchu co zawsze mogliśmy dalej pracować. Ale problem, co robić w tej sytuacji, pozostał. Próbował go rozwiązać Klimczak ściągając do redakcji Wojciecha Drozdka, jednego z twórców ukazującego się w Berlinie miesięcznika "Przekazy". Jako nowy nabytek miał do niego wkrótce dołączyć mieszkający w Braunschweigu Janusz Rudnicki.
    Zmiany te nałożyły się również na mój wyjazd. Postanowiłem się bowiem zastosować do wezwania władz i opuścić Berlin, udając się do obozu przejściowego dla uchodźców w Bergkamen-Oberaden w Nadrenii Westfalii. Sprawa była prosta. W Niemczech obowiązywał tzw. klucz rozdzielczy, zgodnie z którym starających się o azyl uchodźców rozsyłano do poszczególnych landów. Nie miało znaczenia, kto gdzie się najpierw znalazł. Tak więc z Hamburga można było trafić do Hesji, a z Bawarii do Szlezwika-Holsztynu. Z Bergkamen-Oberaden wysłano nas zresztą

 

Strona 213 (9) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

niewiele później do Elsdorfu koło Kolonii. Wezwania do opuszczenia Berlina otrzymali też inni członkowie zespołu, tyle że się do nich nie zastosowali.
    Okoliczność ta spowodowała protest Towarzystwa Solidarność, które zwołało pod ratuszem Schoeneberg, siedzibą władz Berlina, demonstrację. Zjawiło się sporo ludzi, Polaków i Niemców, którzy widzieli w decyzji senatora ds. wewnętrznych Heinricha Lummera (CDU) cios wymierzony w niezależność polskiej prasy emigracyjnej w tym mieście. W rzeczy samej, takie wrażenie można było odnieść. W moim przypadku nic to nie zmieniło. Mając na względzie dobro rodziny, wyjechałem. Pożegnanie na lotnisku Tegel, na którym zebrali się w komplecie członkowie zespołu redakcyjnego, było dla nas wszystkich bardzo wzruszające. Być może dlatego, że mieliśmy przeczucie dziejącego się przełomu, po którym nic już nie będzie tak, jak było.

    W Nadrenii-Westfalii próbowałem się jakoś odnaleźć. Z dość chyba niezłym skutkiem. Pilnie uczyłem się języka niemieckiego, który szybko zaczął wypierać angielski jako środek porozumiewania się po przybyciu do Niemiec. Martwiły mnie tylko wieści z Berlina. "Pogląd" bowiem zaczął wchodzić w drugi, jeszcze ostrzejszy zakręt. Decyzje personalne Klimczaka okazały się niefortunne. Przyjście Drozdka nie tylko nie skompensowało odejścia Karkowskich, ale wręcz sytuację pogorszyło. Z kolei Janusz Rudnicki, mimo niewątpliwie dużego talentu, nie spełnił nadziei, bo nie miał doświadczenia dziennikarskiego oraz związanego z pracą w takim specyficznym środowisku jak redakcyjne. Ważniejsze jednak było w jego przypadku to, iż tak naprawdę interesowała go literatura. "Pogląd" nie był pismem literackim, nie stanowił więc dla Rudnickiego ani zachęty, ani szczególnej motywacji. Poza, być może, finansową.
    W tym czasie otrzymałem wraz z rodziną azyl i postanowiliśmy się przenieść do Monachium. Po cichu myślałem o zaczepieniu się w Wolnej Europie. Zanim jednak do tego doszło, we wrześniu 1984 roku otrzymałem list z Nowego Jorku. Jego nadawcą był Bolesław Wierzbiański, wydawca "Nowego Dziennika". List zawierał propozycję współpracy. Był to gest świadczący o dalekowzroczności Wierzbiańskiego, bowiem człowiekiem "Nowego Dziennika" w Niemczech był wtedy bardzo zasłużony Andrzej Chilecki. Ale profil emigracji gwałtownie się zmieniał, na rynku zaczął dominować inny czytelnik, dziennik potrzebował "świeżej krwi" i Wierzbiański jako pilny obserwator i wydawca umiał to docenić. Oczywiście skorzystałem z propozycji, przesyłając do gazety teksty o tematyce niemieckiej, jak również polsko-niemieckiej, choć nie tylko do nich się ograniczałem.

Strona 214 (10) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

   Współpraca z "Nowym Dziennikiem" okazała się jedną z najbardziej interesujących oraz twórczych przygód w moim życiu — to ona faktyczpie otworzyła przede mną Amerykę. Do tego miałem tę satysfakcję, że na łamach gazety spotkałem wybitnych dziennikarzy wojennego pokolenia. Żyli jeszcze wtedy nie tylko Chilecki, lecz także Zbigniew Racięski, Maciej Feldhuzen, Wojciech Wasiutyński, Ryszard Mossin.
    W styczniu 1986 roku znalazłem się w Nowym Jorku, gdzie osobiście mogłem poznać Wierzbiańskiego. Spotkanie to do dziś pozostaje mi głęboko w pamięci. Żadne z następnych, a było ich wiele, nie zatarło go. Wierzbiański to wielka osobowość — w rzędzie osobowości polskiej emigracji (ale nie tylko, co chcę podkreślić szczególnie!) jedna z największych. Dla mnie składa się na nią przede wszystkim ciepło, ogromna kultura i niezmiernie rzadka cecha: nie narzucał się nikomu z własną pozycją, autorytetem czy zasługami. Wierzbiański był ich świadom. Nie przeszkadzało mu uznanie i wpływy, jakimi się cieszył. Ale obnoszenie się z nimi było mu zupełnie obce.
    W Nowym Jorku spotkałem ponownie Karkowskich. Julita objęła szefowanie w "Przeglądzie Polskim", dodatku społeczno-kulturalnym "Nowego Dziennika", który systematycznie wzbogacała i poszerzała. Czesław był dyrektorem Instytutu Piłsudskiego, pisał i udzielał się naukowo. Oboje, jak widać, poradzili sobie po opuszczeniu Berlina wcale nie najgorzej.

***

   Po powrocie w czerwcu 1986 roku z USA dotarły do mnie z Berlina alarmujące wiadomości. "Pogląd", właściwie całe Towarzystwo Solidarność, znalazły się w poważnym kryzysie. Z pospiesznych telefonów dowiedziałem się, że szykuje się coś w rodzaju rewolucji pałacowej. Grupa pracowników, której przewodził Grzegorz Ziętkiewicz, całkiem nieciekawa postać, postanowiła usunąć Klimczaka. Był to niebezpieczny, wręcz szalony pomysł, bo oznaczał dosłownie "zdmuchnięcie" "Poglądu". Klimczak miał wiele wad, trudny charakter, ale kto niby miałby go zastąpić. Pierwotny zespół stał właściwie po stronie Ziętkiewicza i jego grupy, co mogę wytłumaczyć tylko trudnościami, jakie we współpracy z ludźmi miał Klimczak. Wiele trudu i nieprzespaną noc kosztowało mnie po przyjeździe do Berlina -na walne zebranie Towarzystwa Solidarność, na którym miano odwołać Klimczaka -aby przekonać Kaletę jako lidera starego składu redakcji, że za żadną cenę nie wolno do tego dopuścić. Przewrót został udaremniony, w czym udział miał również przybyły ze Stuttgartu Wiesław Jurkiewicz. Na walnym zebraniu ukonstytuował się nowy zarząd Towarzystwa Solidarność, w skład którego weszli Klimczak

Stron 215 (11) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

jako przewodniczącyoraz dr Zofia Rataj-Żelazny i Christian Bergemann jako członkowie. "Pogląd" mógł wychodzić dalej.

***

   We wrześniu 1986 roku na prośbę Klimczka przyjechałem do Berlina. Rozmawialiśmy o kondycji pisma i planach na przyszłość. Klimczak zaproponował, żebym jako redaktor odpowiedzialny objął kierownictwo "Poglądu". Prawdę mówiąc, nie pasowało to do moich planów. W Monachium byłem bliżej Wolnej Europy. Praca w Berlinie oddalała mnie od Rozgłośni. Z drugiej strony odczuwałem silną identyfikację z "Poglądem" i przyszłość tego pisma bardzo mi leżała na sercu. Postawiłem więc pewne warunki, wśród których była suwerenność moich decyzji w kwestiach merytorycznych, dotyczących współpracy z osobami z zewnątrz, a także w sprawach honorariów autorskich. Nie miałem złudzeń, że prędzej czy później dojdzie do konfliktów z Klimczakiem. Co mnie jednak interesowało i na czym mi zależało – to utrzymanie jak najdłużej pisma na poziomie, na który wprowadziliśmy go wcześniej. Poza tym widziałem w "Poglądzie" jeszcze dalsze możliwości rozwoju. Moją ambicją było sprawdzić, czy mi się to uda.
    Szło dobrze. W "Poglądzie" znów pojawili się interesujący autorzy. Wrócił Czesław Karkowski, czasem piszący pod własnym nazwiskiem, czasem jako Valdamar Pavlicius. Pisał z USA Jacek Kalabiński, a z Paryża Maria de Hernandez-Paluch. Pojawiły się nazwiska Władysława Bartoszewskiego, Jerzego Surdykowskiego. Utrzymał pozycję Maciej Rybiński. Pojawiły się okładki zaprojektowane przez Andrzeja Czeczota. Wywiadów udzielili "Poglądowi" m.in. znani artyści: Jerzy Radziwiłowicz, Krzysztof Zanussi, Stefan Niedziałkowski ze światowej sławy wrocławskiego teatru Pantomimy. Któregoś wieczoru zatelefonował Zbigniew Herbert. Prosił o umożliwienie kontaktu z Władysławem Frasyniukiem. Długo rozmawialiśmy. Od Herberta nie tylko dowiedziałem się wówczas, jaki swój wiersz uważa za najważniejszy (odpowiedział, że paradoksalnie ten najbardziej oklepany – Tren Fortynbrasa), lecz także starałem się go zachęcić do współpracy z "Poglądem", który Herbert znał i, jak twierdził, cenił. Musieliśmy być więcej niż tylko dostrzegani, skoro któregoś dnia jako redaktor odpowiedzialny "Poglądu" otrzymałem z biura prasowego sena tu miasta zaproszenie na spotkanie z Ronaldem Reaganem, który miał odwiedzić Berlin. W mieście panowało coś w rodzaju stanu wyjątkowego. Żeby dostać się na wystąpienie prezydenta USA w pobliżu Bramy Brandenburskiej, trzeba było poddać się licznym kontrolom. Wszędzie widać było długie kolumny samochodów policyjnych, armatek wodnych, karetek pogotowia. Na niebie

Strona 216 (12) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

krążyły helikoptery. Stałem wtedy blisko podiumi prawie bez mikrofonów mogłem usłyszeć, jak Reagan zwracał się z historycznym wezwaniem: Panie Gorbaczow, niech Pan obali ten mur.

***

   Pod wieloma względami, a właściwie kompletnie w niczym "Pogląd" w owym czasie nie przypominał pisma z początków swego powstania. Pierwotny "Biuletym Informacyjny' KOS przeszedł gruntowną metamorfozę. Zmienił się format, druk, layout, poziom publikacji. Stało się to rzecz jasna nie od razu, ale małymi, choć zarazem systematycznymi krokami. Największy z nich dokonał się w roku 1984, gdy redakcja przeniosła się z Katzbachstrasse do funkcjonalnych, przestronnych pomieszczeń przy Gesslerstrasse. Mieliśmy tam do dyspozycji prawie 150 metrów kwadratowych, z czego wykorzystywaliśmy większość, ale nie wszystko. Zespół mógł się "rozproszyć". Przestaliśmy przy pracy wpadać jeden na drugiego. Niemal każdy miał do dyspozycji odrębny pokój i więcej niż odrobinę komfortu. Redakcja została wyposażona w komputery. Komputerowo składany był każdy numer. Nieznana do tej pory technika sprawiała początkowo sporo trudności. Zespół jednak szybko i sprawnie się z nimi uporał.
    Po moim powrocie w październiku 1986 roku – już w funkcji redaktora odpowiedzialnego – zastałem warunki nie zmienione. Dużym, funkcjonalnie wyposażonym sekretariatem zarządzał Kaleta. Zaopatrzeniem i transportem zajmował się Koziewicz. W pokoju konferencyjnym urzędował Klimczak, w odrębnym pokoju siedziałem ja, jedno z końcowych pomieszczeń zajmowali Ochocki, Sojka i Kotala. Zajmowali się składem i przepisywaniem tekstów dostarczanych im w rękopisach, maszynopisach bądź nagranych, jak było to w przypadku Klimczaka i moim, na dyktafonie. Wybór tekstów do druku, adiustacje i poprawki spadały wyłącznie na mnie. Była z tym masa pracy, bo wielu autorów bardziej interesowało, co chcą powiedzieć, niż jak mają to zrobić. Wyróżniał się pod tym względem nasz recenzent kulturalny Jerzy Hoffman, ogromnie miły, pełen taktu pan, który wszakże ze stylistyką, a niekiedy również z gramatyką języka polskiego bywał bardzo na bakier. Ale jego poprawione teksty czytało się przeważnie z zainteresowaniem i przyjemnością. Tu i ówdzie (pamiętać należy, że w Polsce toczyła się walka podziemnej "S" z wojskowym reżimem) trzeba było również studzić temperaturę wypowiedzi.

***

   Co mnie, jako człowieka odpowiadającego za redagowanie "Poglądu" wtedy, w drugiej połowie lat 80. uderzyło, to właśnie wspomniana temperatura, a także styl wypowiedzi. Zarysowały się tu mianowicie trzy tendencje. Pierwsza utrzymana była w tonie bardzo bojowym. Autorzy

Strona 217 (13) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

tekstów chcieli koniecznie dać wyraz swemu no pasaran. Komunizm był dla nich złem, które należało wyplenić z korzeniami. O żadnych koncesjach czy ugodach nie było mowy. Formułowane przez nich myśli koncentrowały się zdecydowanie na wątku rozliczeniowym. Polska miała być zdekomunizowana, a ludzie w komunizm zamieszani nigdy już nie mieli odegrać żadnej roli w życiu publicznym kraju. Starałem się być wobec tych wypowiedzi ostrożny, zwłaszcza gdy nie proponowano w nich niczego poza rozliczaniem. Po pewnym czasie zwróciłem uwagę, że liczba autorów wypowiadająca się w tym tonie malała. Być może brało górę zmęczenie i spadek wiary w skuteczność radykalnych rozwiązań.
    Zmęczenie, niekiedy frustracja oraz towarzyszący im zwrot ku "bohaterskiemu etosowi" przeszłości przebijały znów z innych tekstów. Rzecz charakterystyczna, wychodziły one głównie spod pióra ludzi, reprezentujących kręgi intelektualne bądź do nich zbliżone, którzy po stanie wojennym udali się na emigrację. Ich lektura była dość deprymująca. Widać było, jak bardzo nowi emigranci czują się bezsilni. Zagubieni. Pamiętam dość ożywioną wymianę listów z jednym z często obecnych po "okrągłym stole" na łamach prasy krajowej publicyście, który po stanie wojennym znalazł się w USA. Pisał do "Poglądu", i czynił to zręcznie, ale po pewnym czasie sprawiał wrażenie, jakby stracił głowę. Zarówno Klimczak jak i ja staraliśmy się skłonić go do pozytywistycznego myślenia i optymizmu. Perswadowaliśmy, że emigracja jest szansą i że otwiera nowe perspektywy. Pozwala również inaczej, w znacznie szerszym i głębszym wymiarze, widzieć Polskę. I że biadanie nad dolą emigranta oraz obwinianie za nią polskich komunistów stanowi w gruncie rzeczy jałową gadaninę, jeszcze bardziej pogłębiającą frustrację i przygnębienie. A on nic, tylko rozdzieranie szat i litania skarg. Chciałem go zachować jako autora, ale coraz trudniej było o porozumienie. W końcu obraził się na nas.
    Trzeci rodzaj wypowiedzi był najcenniejszy, a zarazem najrzadszy. Dotyczył bowiem sedna sprawy – czyli pozbawionej emocji, przemyślanej, widzianej w szerokim kontekście analizy zła dręczącego Polskę, a także wskazywania sposobów, jak nie odstępując od uniwersalnych zasad i wartości to zło przezwyciężać. Pod tym względem od pojawienia się na łamach '"Poglądu" wyróżniały się teksty Leszka Szarugi. W zdecydowanej większości dotyczyły one krytyki literackiej i sytuacji kultury w Polsce. Ale sposób myślenia i argumentacji dawał się łatwo przenieść na grunt problemów społecznych, politycznych, a nawet gospodarczych. Nie wszystkie teksty Szarugi lubiłem, z niektórymi się nie zgadzałem. Proponował on jednak coś, o czym wielu koryfeuszy opozycji demokratycznej w Polsce albo nie wiedziało, albo zapomniało – zwalczanie zła od strony jego przyczyn, a nie skutków. A także – co zrobić, aby zło nie wracało w innej, poronnej postaci.

Strona 218 (14) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

   O sprawach tych dyskutowałem z Klimczakiem często. Dyskusje te w zasadzie zastępowały nam konferencje redakcyjne. Na ogół zgadzaliśmy się ze sobą. Najbardziej jednak w pracy pomagała mi współpraca z przebywającymi w USA Karkowskimi. Stała wymiana myśli i poglądów, świadomość, że ich zaangażowanie na rzecz "Poglądu" ma szczery i bezinteresowny charakter, to było to, czego najbardziej potrzebowałem.

***

   W najmniejszym stopniu, co skonstatowałem po powrocie do Berlina, właściwie wcale nie zmieniła się dystrybucja "Poglądu". Co dwa tygodnie, po odebraniu z drukarni nowego wydania, przystępowaliśmy do jego kolportacji. Mówię "kolportacji", bo "Pogląd" docierał do czytelników różnymi drogami. Częściowo w wysyłce pocztą, adresowaną do abonentów bądź do naszych współpracownikóww terenie. Ale w znacznej części był sprzedawany bezpośrednio. Kupowali go ludzie odwiedzający redakcję. Co niedziela otwieraliśmyteż stoisko pod którymś z "polskich" kościołów. Tradycyjnie, a szczególnie w pierwszych latach stanu wojennego, przyciągały one rzesze rodaków, będąc nie tylko ośrodkami przeżycia religijnego, lecz także służąc jako miejsce spotkań, pomost do kraju oraz ważna dla wszystkich "giełda" informacji. Zwykle na wspomnianych stoiskach sprzedawaliśmy po kilkadziesiąt egzemplarzy "Poglądu".
    Brałem, podobnie jak Karkowscy, chętnie udział w tego rodzaju sprzedaży. Umożliwiała ona kontakt i nierzadko żywą rozmowę z czytelnikami, od których można się było wiele dowiedzieć. Ich uwagi były istotne dla nas, bo pomagały później tak kształtować pismo, aby w większym stopniu odpowiadało ono na potrzeby i zainteresowania ludzi.

***

   Moja sytuacja była trudna, nie tylko ze względu na wiele obowiązków. Redagowanie dwutygodnika, którego każdy numer zawierał 50-70 stron, wiązało się z ogromnym wysiłkiem. Niektóre specjalne wydania "Poglądu" liczyły nawet grubo ponad 100 stron. Musiałem być w kontakcie z autorami, dokonywać wyboru tekstów i zdjęć, adiustacji, ustalać wysokość honorariów. Sam pisałem wiele, nie tylko dlatego, że chciałem. Zobowiązywał mnie do tego kontrakt. Db tego dochodziło nadzorowanie działalności wydawniczej, z której "Pogląd" nie chciał rezygnować. Po oddaniu numeru do druku wyjeżdżałem na 2-3 dni do Monachium, na "widzenie" z rodziną.
   

Strona 219 (15) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

   I to był klucz do problemu, bo organizacja życia zawodowego i rodzinnego między Berlinem i Monachium stawała się z czasem coraz trudniejsza. W "Poglądzie" nie zarabiało się znów aż tak wiele, aby uznać, że sprawy nie ma, albo że korzyści w tym przypadku zdecydowanie górują nad kosztami. Rozłąka ciążyła nam wszystkim. Problemem były przejazdy – samolotem zbyt drogie, tranzytem zaś przez byłą NRD zamieniały się w koszmar. Podobnie z mieszkaniem. Klimczak kilkakrotnie namawiał mnie na przeniesienie się z rodziną do Berlina. Namowom tym nie uległem – wielkie szczęście! Wynająłem mieszkanie z puli lokali, którą miasto przeznaczało dla osób zamieszkujących w RFN, ale pracujących w Berlinie. Nie wyszło, bo koszta były wysokie, pożytek zaś niewielki. Tryb pracy w "Poglądzie" nie pozwalał na prowadzenie normalnego gospodarstwa domowego. Ratunkiem okazał się osamotniony, niewykorzystany pokój w redakcji na Gesslerstrasse. Znalazłem w nim przytułek na kilka miesięcy, choć przyznać trzeba, że żyło się w nim raczej po spartańsku, a świadomość, iż cały czas pozostaję de facto w miejscu pracy, też nie sprzyjała dobremu samopoczuciu.

***

   Po roku musieliśmy się rozstać. Z mojej strony zadecydowałyo tym dwa powody: rozłąka z rodziną oraz typowa dla Klimczka skłonność do mieszania się w sprawy ściśle redakcyjne, które bynajmniej nie były jego silną stroną. Ze strony Klimczaka, jak przypuszczam, były to pierwsze sygnały o nadchodzących problemach finansowych. Nie spodziewałem się po nim, że potrafi problemy rozwiązywać elegancko. Dlatego styl naszego rozstania mnie nie zaskoczył. Najważniejsze, że potoczyło się to szybko. Któregoś dnia na początku października, po powrocie z Berlina, siedziałem na rozmowie w gabinecie dyrektora Rozgłośni Polskiej RWE Marka Latyńskiego...

   Ach, Ogród Angielski! Już sama nazwa mile łaskocze, wzrusza i po prostu świetnie brzmi. Green dream pod bawarskim błękitnym niebem. 373 hektary zielonej fantazji w środku milionowej "wioski". Arcydzieło amerykańskiego fizyka Benjamina Thompsona i wielkiego mistrza sztuki ogrodniczej Scelli z najpiękniejszym, najbardziej eleganckim miastem w Niemczech w tle. Pola Elizejskie artystów, rozkosz dla spacerowiczów, nirwana dla zakochanych, wolny wybieg dla psów (to sensacja, zdaje się, na skalę światową), które w tym unikalnym miejscu mogą biegać bez smyczy. W Ogrodzie Angielskim w Monachium zieleń jest bardziej zielona, trawa bardziej "trawiasta", woda w przepływających strumieniach chłodniejsza i czystsza niż gdziekolwiek indziej, drzewa bardziej dumne

Strona 220 (16) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

i wyniosłe, a piwo pod "Chińską wieżą" lepiej smakuje niż we wszystkich innych ogródkach piwnych pod słońcem. Tutaj spotykają się gwiazdy filmu i estrady (oczywiście incognito), tu zobaczysz pisarzy, naukowców, filozofów o międzynarodowej renomie (ze statusem noblisty włącznie), tu pokazują się artyści wielcy i mali – adepci włoskiego belcanta, fani reggae z Jamajki, cygańscy grajkowie, tureckie tancerki brzucha, hinduscy zaklinacze węży, rumuńscy akrobaci, peruwiańscy Indios, kuglarze z Karaibów, połykacze ognia z Afryki Zachodniej, sprzedające tamilski folklor "tygrysy" ze Sri Lanki, a na falach sztucznie spiętrzonego strumienia przepływającego pod Prinzregentenstrasse popisują się młodociani mistrzowie surfingu. U stóp świątyni Monopt,e-rosa krążą zwykli prze· chodnie i różnobarwne typy z misją nawracania i ratowania świata. Ogród Angielski – finezja i wdzięk pałacu, mostów, wysp, gloriety, kaskad, łąk arkadyjskich, jezior, strumieni. I ludzie – jedno z najbardziej kolorowych zbiegowisk świata. Od południowej strony Ogrodu Angielskiego, wzdłuż Oettingenstrasse, rozciąga się kompleks budynków, w których mieści się obecnie "twierdza" new technology oraz Centrum Badań Dalekowschodnich Uniwersytetu Ludwiga Maximiliana. Ale do połowy lat 90. gościł tu inny lokator – wielonarodowy, wielokulturowy i wielojęzyczny tłum. Było nim Radio Wolna Europa/Radio Liberty.

***

   Rozmowa z Łatyńskim była sympatyczna, ale pozostawiła we mnie niejasne uczucie. Spowodowane to było zapewne zachowaniem (później zrozumiałem, że był to sposób bycia) dyrektora Rozgłośni – rozdygotanym, nerwowym, napiętym. Łatyński rozmawiał unikając kontaktu wzrokowego. Ciągle coś przekładał na biurku, poprawiał coś na sobie. Ale wynik rozmowy był zachęcający. Dyrektor wolnych etatów redaktorskich nie miał. Zaproponował więc, żebym zaczął w dziale realizacji jako spiker. Później, twierdził, gdy Amerykanie zniosą blokadę etatów, będzie możliwość przeniesienia mnie do redakcji. Nie wybrzydzałem, bo znalezienie się w zespole RWE warte było połknięcia bardziej gorzkiej pigułki. W końcu przestąpiłem próg owianego legendą radia. Znalazłem się w jego zespole. Byłem w środku instytucji stanowiącej część powojennej historii Polski, ważniejszej, niż się to na pozór wydawało. Instytucji, której Polacy słuchali i obdarzali szacunkiem. A komunistyczna władza jej się bała.

***

   Zespół realizacyjny Rozgłośni był bardzo silny. Sprawni reżyserzy programów, świetne głosy. Można było z nimi realizować każdy pomysł, bez obawy, że nastąpi fiasko czy choćby zwykła wpadka. Swoje najlepsze programy później zawdzięczam w sporej mierze koleżankom i kolegom

 

Strona 221 (17) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

z tego właśnie zespołu — Markowi Staśce, Zdzisławowi Kani, Wojtkowi Stockingerowi, Marcinowi Idzińskiemu, Marii Wachowiak, Leszkowi Perthowi, Staszkowi Załuskiemu, Krzysztofowi Machowskiemu, Santosowj Liszce. Praca z nimi w większości układała się świetnie, mimo że wielu spośród nich miało przerośnięte ego, zanim bowiem trafili do Rozgłośni, mieli za sobą pracę w filmie, teatrze, radiu czy TV, która ich w poczuciu własnej wyjątkowości oraz powołania do wyższych zadań utwierdziła.
   Od spikerowania ważniejsze jednak było dla mnie pisanie. Dział realizacji miał być przecież tylko przystankiem do redakcji, do — jak to się mówiło — desku. Tutaj natrafiłem na cennego sojusznika — Włodzimierza Odojewskiego. Znałem go już wcześniej, z lektury jego głośnej książki Zasypie wszystko, zawieje, którą zresztą uważam za jedno z najwybitniejszych osiągnięć polskiej literatury XX wieku. Odojewski zajmował się w Rozgłośni działem kultury. Z chęcią ,przyjął sugestię, że mógłbym dla niego coś pisać. Problematyką kulturalną interesowałem się zawsze — filmem, który był moją pasją, w szczególności. Studia we Wrocławiu ugruntowały to zainteresowanie, a ponadto dostarczyły potrzebnej wiedzy teoretycznej oraz terminologii związanej z krytyką sztuki. Pracę magisterską u nieodżałowanej pamięci prof. Jana Trzynadlowskiego pisałem na temat adaptacji literackich w twórczości filmowej Wojciecha Hasa. Jako przedmiot analizy obrałem Wspólny pokój Uniłowskiego, Pożegnania Dygata, Rękopis znaleziony w Saragossie Potockiego, Pętlę Hłaski i Sanatorium pod klepsydrą Schulza.
    Współpracę z Odojewskim wspominam bardzo dobrze. Zostawiał mi wolną rękę w doborze tematów, niczego nie narzucał, nie dyktował ani stylu, ani myśli. Wiele rozmawialiśmy. Zorientowałem się, że wyraźnie cierpi on na "syndrom niedoceniania". Bolało go, że jego książki są w kraju nieznane, że dostęp do nich jest dla czytelników zamknięty. Miał silne poczucie wartości tego, co pisze. Dla własnej twórczości ograniczał często swoje zaangażowanie na rzecz Rozgłośni, przerzucając ciężar audycji kulturalnych na współpracowników i "freelanców". Osobiście nie miałem nic przeciwko temu i cieszyło mnie, że późniejszy dyrektor Piotr Mroczyk zapewnił pod tym względem Odojewskiemu spokój.

***

   Najpierw poszło o wywiad z wielkim propagatorem polskiej literatury w Niemczech, dyrektorem Instytutu Polsko-Niemieckiego Karlem Dedeciusem. Potem o komentarz zatytułowany "Polskiego kina spadanie w dół". Już sama moja propozycja wyjazdu do Darmstadt i wywiadu z Dedeciusem została przyjęta niechętnie. Odojewski się na nią zgodził, ale Latyński zareagował odmową. Później dowiedziałem się — dlaczego.

Strona 222 (18) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

   Do Darmstadt jednak pojechałem. Wywiad się udał, choć przyznaję, że był mało "radiowy". Źle się go słuchało. Bardziej się nadawał do miesięcznika czy kwartalnika krytycznoliterackiego niż do radia. Łatyński wywiad odrzucił, ale po pewnym czasie i dokonaniu wielu cięć Odojewski dał mi zielone światło. Nie wiem, czy uzgodnił to z Łatyńskim.
    Do komentarza "Polskiego kina spadanie w dół" zakradła się nieścisłość. Stowarzyszenie Filmowców Polskich działało po wprowadzeniu stanu wojennego dalej, a nie — jak napisałem — zostało rozwiązane. Okoliczność ta spowodowała, że zostałem wezwany do gabinetu dyrektora. Rozmowa była banalna. Zostało z niej wspomnienie, że Łatyński zachował się w sposób, najdelikatniej mówiąc, mało suwerenny. Jak zwykle, nie patrzył w oczy. Odojewski sprawiał wrażenie — myślę, że szczerze bardzo zdeprymowanego. Powiedział mi, że za tym wszystkim stoi dziennikarka o głośnym nazwisku, chętnie pozująca na First Lady zespołu Rozgłośni polskiej, która dział kulturalny, szczególnie film, uważa za swój własny rewir. I że ja w ten rewir wtargnąłem.
    Cała ta sprawa rzuciła mi wtedy sporo światła na stosunki międzyludzkie panujące w zespole Rozgłośni. Były one trudne, najogólniej mówiąc. Wzdłuż i wszerz, wertykalnie i poziomo, we wszystkich kierunkach przebiegały w nim podziały, co do których trzeba było wiele wysiłku, żeby zrozumieć, jaki jest ich charakter i o co w nich chodzi. Poruszanie się wśród nich dawało się porównać z szybką jazdą po górskich serpentynach, w ciemnościach i bez hamulców. To prawdziwy fenomen, że zespół na zewnątrz występował tak spójnie, będąc wewnątrz tak podzielony. Było w nim wiele autentycznych indywidualności — Tadeusz Nowakowski, Włodzimierz Odojewski, Jacek Kaczmarski, że nie sięgnę do jeszcze wcześniejszych. Ale w gruncie rzeczy każdy w RWE nosił marszałkowską buławę w tornistrze, albo uważał, że ją w nim nosi. Trudno było zawierać w Rozgłośni prawdziwe przyjaźnie, ale się zdarzało. Zespół był ogromnie skoncentrowany na sobie, egocentryczny. Pogrążony w stanie wielkiego emocjonalnego napięcia, który w języku niemieckim określa się jako hass-liebe, połączenie miłości z nienawiścią. Z pewnością wpływ na to miała izolacja od otoczenia. Oferując komfortowe warunki pracy i świetne zarobki, narzucając wręcz serwis, który wyręczał pracowników w masie codziennych, praktycznych spraw, radio amputowało jakąś część samodzielności. Uwalniało ludzi od problemów i smutków rzeczywistości, ale skazywało ich na getto, stawiając przed okrutną alternatywą friss oder stirb, co trawestując na język polski znaczy: żyj albo giń.

***

   Okres, kiedy dyrektorem był Łatyński, trwał nieco ponad 2,5 roku. Po jego odejściu sytuacja Rozgłośni się poprawiła. Nagle okazało się, że Amerykanie

Strona 223 (19) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

mają etaty. Że gotowi są przyznać polskiej redakcji dodatkowe pieniądze. Odmiana zdawała się mieć cokolwiek cudowny charakter, ale stop, cudów nie ma. Miała ona całkiem racjonalny powód. Było nim objęcie stanowiska dyrektora polskiej Rozgłośni przez Piotra Mroczyka. Na tę zmianę czekała część zespołu, która nie mogła ani odnaleźć się, ani pogodzić ze stanem, w jakim trwało radio. Mianowicie — ze stanem działającej na nerwy rutyny oraz dziwnej "wędrówki" środka ciężkości w aktywności zespołu od programu ku coraz bardziej groteskowym marginaliom. Dość, że "na korytarzach" najbardziej w tym czasie omawianym tematem były kolejne wyskoki i humory dyrektora, jego donkiszoteria z podrzuconym przez Amerykanów "rewizorem" Janem Krokiem-Paszkowskim, a nie to, co działo się bądź miało się dziać z Rozgłośnią.
    Rzecz jasna, Mroczyk nie miał za sobą samych entuzjastów. Część zespołu przyjęła postawę wyczekującą. O nowym dyrektorze wiedziano niewiele. Pojawił się zresztą trochę znienacka. Z boku. Nie wszystkim się to podobało. Mówiono o Mroczyku różnie. Z jednej strony wyłaniał się z tego obraz człowieka zdolnego i przedsiębiorczego, znającego się na mediach. Z drugiej strony przebąkiwano o młodym wieku, niejasnej rzekomo roli w USA, o stawianiu własnego interesu ponad interes radia. Było w zespole wielu sceptyków, by nie rzec, ludzi z góry uprzedzonych. Ci wiedzieli od razu, że Amerykanie postawili na czele Rozgłośni człowieka, który absolutnie się do tego nie nadaje.
    Faktem jest, że w zespole powiał nowy wiatr. Rozgłośnia została wzmocniona personalnie — przybyli Maciej Wierzyński, Andrzej Mietkowski, Tomek Piotrowski, Sławek Suss. Zmieniła się ramówka. Na antenie pojawiły się nowe audycje. Program nabrał tempa. W coraz większym stopniu nadawany był "na żywo". Przełom w Polsce, który błysnął fajerwerkiem "okrągłego stołu", złamaniem monopolu partii komunistycznej, zniesieniem cenzury oraz pierwszymi po wojnie częściowo wolnymi wyborami, postawił Rozgłośnię wobec całkowicie nowego wyzwania. W sensie technicznym oznaczało to dotarcie do słuchacza w nie zmąconej zagłuszaniem formie. W tym czasie Rozgłośnia zaczęła nadawać na falach programu IV Polskiego Radia. Implikacja była prosta — program RWE musiał być dobry, czytelny i nadążać za tempem przemian. Dla zespołu oznaczało to zwielokrotniony wysiłek. Musiał on utrzymać to, co w Rozgłośni było sprawdzone i najlepsze, a zarazem wykrzesać z siebie radość pracy, kreatywnego ducha, sięgnąć do nieznanych rezerw, szukać nowych form przekazu, realizować jak najśmielsze pomysły, czasem improwizować. I radio szło tą drogą mimo grymasów i ostentacji malkontentów.
    Do wysokiego dziennikarsko lotu wznieśli się, jak pamiętam, Piotr Załuski, Aleksander Świeykowski, Danuta Drzewińska, Konrad Tatarowski,

Strona 224 (20) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

Staszek Jałowiecki, Andrzej Świdlicki, Tomek Piotrowski. Poliglotycznym rozmachem w redagowaniu przeglądów prasy imponował Wojciech Worsztynowicz. Przez pewien czas po przyjściu do radia dynamicznie działał Sławek Suss. Dużą przyjemnością była współpraca z Janem Tyszkiewiczem. O niektórych z nich można by posnuć wcale ciekawe wspomnienia. Ale co ważniejsze, część z tych osób dźwigała ciężar programu w szczególnie trudnym okresie. Mianowicie, gdy prezes RWEIRL Gene Pen oznajmił na początku 1994 roku, że radio zostaje przeniesione do Pragi, a Rozgłośnia Polska do Warszawy.

***

   W 1991 roku zaczęło działać Biuro Warszawskie RWE. Istotna część programu, dotycząca zwłaszcza spraw krajowych, przemieściła się do Warszawy. To stworzyło nową sytuację. Mogliśmy tworzyć i nadawać program w multiukładzie — pomiędzy Polską, Niemcami, USA, i to na żywo. Było to rozwiązanie szalenie atrakcyjne w sensie medialnym, a zarazem jedyne w swoim rodzaju i trudne, bo nie było wzorów, do których można byłoby sięgnąć. Biuro Warszawskie, którym kierował w tym czasie Maciej Wierzyński, dawało z siebie wszystko. Dokonało ono trudnej do powtórzenia autopromocji. Startując od zupełnego zera, w ciągu krótkiego czasu zdobyło i utrwaliło swoją pozycję jako bardzo pożądane forum, na którym mogły i chciały się wypowiadać najwybitniejsze osoby publiczne w Polsce — prezydent, premierzy, najwyżsi dostojnicy Kościoła, członkowie rządu, szefowie partii politycznych, organizacji i ruchów społecznych.

***

   Dla mnie osobiście był to fascynujący okres. Radio pulsujące, tętniące życiem, towarzyszące wydarżeniom, a nie kulejące za nimi, było moim żywiołem. Do tego dokonałem odkrycia.. A właściwie nie ja, a Sławek Suss. Cała Europa, ba, cały świat był w tym czasie jak w gorączce. W Berlinie walił się mur, a pod jego gruzami ginął komunizm. Rozpadał się ZSRR. Kto jeszcze parę lat wcześniej mógł to przewidzieć? Szczególnie dramatycznie wydarzenia przebiegały w byłej NRD. Najbardziej, obok ZSRR, betonowy "barak" w obozie sowieckim rozleciał się w ciągu zaledwie kilku dni. Jednoczyły się oba państwa niemieckie, co miało ogromne konsekwencje dla geografii politycznej Europy. Zbliżała się konferencja 2 plus 4. Na naszych oczach, w tempie zapierającym dosłownie dech w piersiach, powstawał nowy europejski porządek, w którym dominującym elementem były zjednoczone Niemcy. Istotnym elementem tego porządku była z kolei fundamentalna dla Polaków sprawa polskiej granicy zachodniej.

Strona 224a (19a) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego
FotoZel1b


64. Zaproszenie burmistrza Berlina Zachodniego dla R. Żelaznego na spotkanie z prezydentem USA Ronaldem Reaganem. Na tym spotkaniu padły historyczne słowa: "Panie Gorbaczow, niech pan obali ten mur!" (arch. R. Żelaznego)

FotoZel1a


65. Rok 1993 — rocznica Radia Wolna Europa. Od lewej: Włodzimierz Odojewski, Piotr Załuski, Roman Żelazny (fot. arch. R. Żelaznego)

Strona 225 (21) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

   Któregoś dnia Suss poprosił mnie, abym zrobił rozmowę o problemach polsko-niemieckich, ale z kimś z Niemiec, kto nie miałby w głowie polskiego filtra. Z tego pomysłu wzięła się cała wielka seria wywiadów z najwybitniejszymi postaciami niemieckiej sceny politycznej, finansów, gospodarki, kultury. Na antenie rozległy się głosy osób reprezentujących elitę Niemiec, jakich Rozgłośnia Polska nie słyszała przez blisko 40 lat swego istnienia. Słuchacze w Polsce mogli dowiadywać się z ust przewodniczącej Bundestagu Rity Suessmuth, sekretarza generalnego NATO Manfreda Woernera, ostatniej przewodniczącej Izby Ludowej NRD Sabine Bergmann-Pohl, prezesa Rady Nadzorczej Deutsche Bank Friedricha W. Christiansa, laureata pokojowej Nagrody Nobla Willy'ego Brandta, wybitnego historyka Golo Manna, szefów rządzących (CDU/CSU, FDP) i opozycyjnych (SPD, "Zieloni") partii w Niemczech, redaktorów naczelnych najbardziej wpływowych gazet "Die Zeit", "Sueddeutsche Zeitung", "Capital", "Die Welt" — co oni wszyscy sądzą, jak oceniają Polskę i wydarzenia dziejące się wówczas w Europie. Wielkiej satysfakcji dostarczyło mi zaproszenie Urzędu Prezydenckiego w Bonn na rozmowę z prezydentem Richardem von Weizsaeckerem. Jeszcze większej — zaproszenie, abym w wąskiej, kilkuosobowej grupie dziennikarzy niemieckich towarzyszył prezydentowi podczas wizyty w Gdańsku, gdzie wspólnie z prezydentami Polski i Francji, Lechem Wałęsą oraz Francois Mitterandem, uhonorowany został tytułem doktora honoris causa Uniwersytetu Gdańskiego.

***

   Pracowałem jak w transie. Wywiady zabierały mi wiele czasu, ale nie mogłem, nie chciałem, aby odbywało się to kosztem moich normalnych redakcyjnych czynności. Redagowałem więc i prowadziłem na antenie "Fakty — Wydarzenia — Opinie", "Panoramę Dnia", "Wieczorne Spotkania" i inne stałe audycje, a gdy ich nie miałem na głowie, telefonowałem, przebijałem się, uzgadniałem terminy wywiadów z każdym, czyje słowo w Niemczech i daleko poza nimi liczyło się i było z uwagą wysłuchiwane. Nie tylko. Gdy na przełomie 1990/91 roku władze Rumunii odmówiły wjazdu byłemu monarsze tego kraju Michałowi II, przeprowadziłem z Jego Królewską Wysokością wywiad na temat okoliczności tej politycznej afery. Gdy toczyła się wojna w Zatoce Perskiej, rozmawiałem z ambasadorem USA przy NATO Johnem Kornblumem. Gdy wizytę w Austrii miał złożyć prezydent Lech Wałęsa, moim rozmówcą w Wiedniu był minister spraw zagranicznych tego kraju Alois Mock. Po raz pierwszy udało się również przekazywać "gorące" wydarzenia do Monachium, i dalej na antenę, za pośrednictwem studiów oraz łączy publicznych stacji — w tym przypadku WDR w Niemczech i ORF w Wiedniu.

Strona 226 (22) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

Na przykład podpisanie historycznego traktatu polsko-niemieckiego o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy w czerwcu 1991 roku w Bonn relacjonowałem wraz z Andrzejem Więckowskim bezpośrednio ze studia WRD z ówczesnej stolicy Niemiec. Do tej pory, o ile wiem, współpracy takiej Rozgłośnia nie miała.
    Mroczyk mnie nie krępował. Do mnie jego strategia pozostawiania podwładnym tyle swobody, ile im potrzeba, pasowała jak ulał. Na kapitale zaufania wychodzi się najlepiej. Kto nie ufa sobie i własnej pracy, temu trudno o zaufanie u innych. Swoboda w zakresie kształtowania programu, wnoszenia do niego własnych pomysłów i wartości, była w tym czasie bodaj najważniejszym czynnikiem identyfikacji z pracą Rozgłośni. Przynajmniej dla tych, którzy chcieli z niej korzystać.

***

   W 1992 roku obchodzono w Monachium i Warszawie uroczystości 40-lecia powstania RP RWE. Odbyły się liczne uroczystości i imprezy, m.in. w kościele św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, gdzie wmurowano tablicę ku czci zmarłych pracowników Rozgłośni, w Belwederze, na Uniwersytecie i w Pen Clubie, ale nastrój daleki był od radosnego. Wielu znas przeczuwało już wtedy, że 50. rocznicy w ówczesnym kształcie radio może nie doczekać. Że zakończenie działalności zbliża się szybkimi krokami. Jakoż i tak się stało. Po wyborze Clintona nowa administracja amerykańska zabrała się za porządkowanie radiofonii międzynarodowej USA. Przeciwnicy, których RWE/RL po tamtej stronie Atlantyku zawsze miało wielu, osiągnęli cel. Radia wprawdzie nie udało się całkowicie zlikwidować, ale ze względu na drastyczne oszczędności musiało ono opuścić Monachium. Gościny udzielili mu Czesi, oddając do dyspozycji budynek byłego parlamentu w centrum Pragi. Rozwiązano redakcje afgańską (by po paru latach otworzyć ją na nowo) i węgierską. Czesi i Polacy bronili się zażarcie. Trzeba przyznać, że wiele osób publicznych w Polsce zadało sobie trud przyjścia Rozgłośni z pomocą. Amerykanie zostali wręcz zasypani masą interwencji i protestów. Wśród nich były głosy m.in. prezydenta Lecha Wałęsy, Episkopatu — w osobie arcybiskupa Dąbrowskiego, Hanny Suchockiej, Tadeusza Mazowieckiego, Władysława Bartoszewskiego, Jana Olszewskiego.
    O mobilizację polskiego lobby zabiegał również Mroczyk. Korzystając z dobrych notowań u Amerykanów, starał się ich przekonać do rozwiązania, które przynajmniej oddalałoby likwidację Rozgłośni. Powstał w ten sposób plan jej komercjalizacji. Plan ten zakładał, że znacznie okrojona Rozgłośnia zostanie przeniesiona do Warszawy i w ciągu 16 miesięcy doprowadzi do stanu, w którym będzie mogła utrzymać się sama. Jak? Tego nikt z góry nie zakładał. Istotne było, żeby Rozgłośnia istniała jako

Strona 227 (23) Z piwnicy na Katzbachstrasse do Ogrodu Angielskiego

samodzielny podmiot, wyłączony ze struktury, a przede wszystkim z budżetu RWE/RL w Pradze. W czerwcu część zespołu przeniosła się do Warszawy, skąd od lipca warszawskie RWE Inc. rozpoczęło nadawanie programu w całości. "Głos Wolnej Polski", który przez 42 lata docierał do kraju z Monachium, zamilkł. W Warszawie zaś rozpoczęła się długa, przypominająca na każdym kroku, że toczy się w realiach polskich, walka o zapewnienie Rozgłośni trwałego bytu. 16 miesięcy przeciągnęło się do ponad trzech lat. Tę walkę Rozgłośnia w końcu przegrała. Przegrała ją nie w Waszyngtonie, Pradze czy na innym obcym terenie, lecz w Warszawie. Ale to już całkiem, całkiem inna historia, której należy się odrębna kronika.

Moim ukochanym córkom  — Agnieszce i Melanie-Michelle

Monachium, październik 2002 r.