Czesław Karkowski
DWA LATA Z "POGLĄDEM"


KARKOWSKl CZESŁAW

(ur. 1949 r.) należy do emigracji solidarnościowej.
    Urodził się we Wrocławiu. Tam również w 1972 r. ukończył studia na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego. W 1977 r. uzyskał stopień doktorski z zakresu filozofii na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu. W latach 1972-1974 pracował w bibliotece Ossolineum we Wrocławiu, następnie podjął pracę na stanowisku asystenta w Politechnice Wrocławskiej i potem na Uniwersytecie Wrocławskim.
    W sięrpniu 1982 r. emigrował z Polski. Wraz z żoną Julitą wyjechał do Berlina Zachodniego, gdzie mieszkał prawie dwa lata. W tym czasię oboje redagowali polski emigracyjny dwutygodnik "Pogląd". Ich redakcyjne pseudonimy z tamtego okresu to: Justyna Kamska i Czesław Kamski.
W maju 1984 r. przybył do Stanów Zjednoczonych. Po niedługim czasię objął

Strona 184 (2)

stanowisko dyrektora Instytutu Piłsudskiegow Nowym Jorku. Funkcje tę piastował do 1987 r. Z Instytutu przeszedł od razu nastanowisko senior editor w "Nowym Dzienniku". Funkcję tę pełni do dziś. Jest też jedynym stałym etatowym współpracownikiem "Przeglądu Polskiego' – cotygodniowego dodatku literacko-społecznego ND".
    Jednocześnie (obok pracy w dzienniku) wykłada filozofię i socjologię w Mercy Colledge w Dobbs Ferry, NY. Jest autorem m.in. książki:
Kultura i krytyka inteligencji, Wrocław 1980 r.; tłumaczeń z j. polskiego na j. angielski książki Danuty Piątkowskiej, Wyspa wiary, Nowy Jork, 1997 r.; z j. angielskiego na j. polski m.in. książki Richarda Rorty'ego, Konsekwencje pragmatyzmu, Warszawa 1998 r. oraz licznych artykułów i recenzji w polskich czasopismach. Współpracował z Radiem Wolna Europa i Głosem Ameryki. [Por. Who's Who in Polish America, New York, NY 1996, s. 184

 

 

Berliński "Pogląd" był u swych początków zupełnie szaleńczym przedsięwzięciem.1 Nie dlatego, że do jego redagowania wzięła się grupka fanatyków, koniecznie chcących wydawać pismo w trudnych warunkach. Bynajmniej. Był tylko jeden fanatyk – Edward Klimczak, bezsprzecznie spiritus movens wydawnictwa. Gdyby nie on, właściwie całość nie zaistniałaby albo nie przetrwałaby nawet miesiąca. Tylko dzięki jego uporowi (a upór miał iście chłopski), jego dziwacznej wewnętrznej motywacji do wydawania periodyku po polsku dla Polaków w Berlinie Zachodnim, dzięki chorobliwej ambicji, choć nie mogłem zrozumieć, w jaki sposób może się on realizować przez "Pogląd", wydawnictwo istniało tak długo.

Reszta w zmieniającej się redakcji to byli ludzie przypadkowi,zajmujący się "robieniem" pisma z braku lepszego zajęcia. Można

Strona 184 (2)

więc powiedzieć bez specjalnej przesady, że drugim czynnikiem stwarzającym "Pogląd" były specyficzne berlińskie warunki dla polskich emigrantów.

Berlin Zachodni należał praktycznie do Republiki Federalnej Niemiec, choć formalnie istniał jako "trzecie" państwo niemieckie. Był enklawą w komunistycznym morzu, stąd też obowiązywały w nim nieco inne prawa niż w całych Niemczech. Przede wszystkim nie było obozów dla uchodźców, osób oczekujących na azyl. Był obóz przejściowy na Marienfelde, ale miał on charakter rejestracyjny, nie przebywało się tam dłużej niż parę dni. My, czyli moja żona Julita i ja, w Marienfelde byliśmy dość długo — chyba z pięć dni, ale to dlatego, że akurat wypadła sobota i niedziela na czas naszego pobytu oraz że przyjechaliśmy z psem, co stwarzało pewne trudności w ulokowaniu nas gdzie indziej.

1 Poniższe wspomnienia nie roszczą sobie pretensji do rangi źródłowego materiału. Nie dysponuję żadnymi dokumentami z tamtych czasów, nie mam nawet ani jednego egzemplarza "Poglądu" z okresu moich z nim związków. Nie robiłem wtedy żadnych notatek.

   Jest to więc próba odtworzenia z pamięci niektórych podstawowych faktów, nazwisk i wydarzeń z lat 1982-1984, kiedy związany byłem z zachodnioberlińskim pismem pt. "Pogląd". Szkic ten ma na celu przypomnienie owego przedsięwzięcia. Do historyka zaś należeć będzie, jeśli ktoś kiedyś weźmie się za systematyczne opracowanie tematu, sięgnięcie do źródeł, uściślenie i zweryfikowanie faktów. Niech tedy tekst ten służy mu jako pierwsza wskazówka do przyszłych badań.

Strona 184 (cd) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"


Polacy żyli więc w Berlinie Zachodnim stosunkowo swobodnie na zasiłkach socjalnych, w przydzielonych im miejskich mieszkaniach, mieli zakaz pracy do czasu rozpatrzenia ich wniosków o azyl. Większość, zresztą przynajmniej teoretycznie, przebywała w mieście czasowo do chwili wyjaśnienia się sytuacji w Polsce po wprowadzeniu startu wojennego. Stąd przyznany wtedy bodaj tylko Polakom status cudzoziemców tolerowanych. Ów Duldung był cenionym przez imigrantów dokumentem, uzyskiwanym na zajmującej się sprawami cudzoziemców policji przy Friedrichstrasse. Obowiązkowe tam wizyty, chyba co kwartał czy co pół roku, były po prostu skaraniem boskim. Urzędnicy policyjni byli niezmiernie nieprzyjemni, czekało się bardzo długo na upragnioną pieczątkę "tolerowanego" w Berlinie Zachodnim. I zawsze istniała możliwość, że statusu tego odmówią. I co wtedy?

Krótko mówiąc, Polacy w Berlinie Zachodnim po wprowadzeniu stanu wojennego mieli zapewnione wygodne, choć skromne życie, ale nie mogli pracować. Wielu i tak podejmowało się jakichś zajęć "na czarno", aby dorobić do niewielkiego zasiłku, ale były to prace dorywcze zazwyczaj, często na kilka godzin dziennie zaledwie. Mieli więc czas, który trzeba było jakoś zapełnić, i grupka takich właśnie osób zebrała się przy wydawaniu "Poglądu". Powiedziałbym: z braku lepszego zajęcia i dla zapełnienia czasu. Na pewno przynajmniej takie motywy kierowały nami.

2 Por. T. Folek, Prawo azylu i inne przepisy dotyczące cudzoziemców w RFN, "Pogląd" — Wydawnictwo Towarzystwa Solidarność, b.r. Książka zawierała również wykaz adresów ważniejszych biur i urzędów w RFN [W.P.-S.].

Strona 185 (3) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"


Julita, ja i pies przyjechaliśmydo Berlina Zachodniego pod koniec sięrpnia 1982 r. z zamiarem emigracji dalej, za ocean – do Australii, może Kanady. O Stanach Zjednoczonych wtedy nie myśleliśmy. Czas oczekiwania na przyznanie nam wizy emigracyjnej trzeba było jakoś zagospodarować. Zakładaliśmy zresztą, że będzie krótki (wówczas termin oczekiwania na wyjazd dalej, do kraju docelowego, nie przekraczał paru miesięcy), toteż uznaliśmy, iż pobytu w Berlinie nie należy traktować poważnie (stąd, na przykład, nie zaczęliśmy systematycznej nauki języka, co było wielkim błędem), a raczej trzeba tylko zająć się czymś możliwie pożytecznym. Tymczasem rzeczywistość okazała się inna. W Berlinie Zachodnim przyszło nam spędzić prawie dwa lata. Był to okres bardzo przyjemny, pełen emocji, wytężonej pracy; niemieckiego uczyliśmy się "z marszu" – z telewizji, gazet, z otaczającego nas świata, w którym przecież musięliśmy jakoś funkcjonować. Życie zaś, które miało w zamierzeniu być tylko swoistym przerywnikiem do wyjazdu, koncentrowało się wokół "Poglądu".

Na początku był to jedynie "Biuletyn Informacyjny". Kiedy przyjechaliśmy do Berlina, ukazało się już sporo numerów wydawanego na powielaczu pisemka, zawierającego zasadniczo informacje o tym, co się dzieje w Polsce, i o sytuacji w Berlinie Zachodnim; o sytuacji "duldungowców", naturalnie. Co trochę bowiem obiegały społeczność polską w Berlinie trwożne wieści o zamiarach zniesięnia duldungu, o rozprawie z nielegalnymi, o deportacjach, itd. Zarazem uporczywie utrzymywały się optymistyczne plotki — rzekomo o przyznaniu wszystkim Polakom ryczałtem prawa stałego pobytu w Niemczech, o ułatwieniach proceduralnych przy staraniu się o azyl.

W takich warunkach — z istnienia przestraszonej, zdezorientowanej, sporej grupy Polaków w Berlinie Zachodnim — zrodziła się potrzeba wydawania pisma informacyjnego. Ludzie chcieli wiedzieć, co się dzieje w Polsce, a wielu nie znało dostatecznie niemieckiego. Choć w mieście można było odbierać bez przeszkód polskie radio, to jednak z oficjalnych środków'przekazu niewiele się mozna było dowiedzieć, co naprawdę rozgrywa się w kraju. Nie wiadomo też było, jaki los szykują emigrantom władze wolnego miasta Berlina. Ta niepewność i brak rzetelnych informacji sprzyjały fantastycznym wręcz plotkom.

Nie byliśmy więc przy powstawaniu pisma, ale o początkach opowiadał mi Leszek Woźniak z Krakowa, który od początku "Biuletynu" odgrywał w nim czołową rolę. Pierwszy numer wydawnictwa ukazał się 17 lutego 1982 r. Później Woźniak dość szybko zaczął odchodzić od pisma. Mówił mi o spotkaniu z Edwardem Klimczakiem, wtedy — jak twierdził Woźniak — mocno zniemczałym już człowiekiem, który nagle po wprowadzeniu stanu wojennego zaczął poszukiwać polskich kontaktów.

Strona 186 (4) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"


Klimczak był lektorem języka rosyjskiego na miejscowym Freie Universitaet. Zamieszkały w Niemczech od dawna; ożeniony z Niemką, mocno zasymilowany. Zaczął przychodzić pod polski kościół.

Przez określenie "polski kościół" należy rozumieć kościół, w którym odbywają się msze dla Polaków, więc i po polsku. W Berlinie Zachodnim co pewien czas zmieniano jego lokalizację – nie pamiętam już miejsc, w których polskie msze odprawiano. Przez pewien czas kościół taki był nawet bardzo blisko Ritterlandweg niewielkiej uliczki, przy której mieszkaliśmy na Reinickendorfie, w pobliżu końcowej wówczas stacji metra Osloer Str. Reinickendorf to duża, wspaniale zalesiona, z wielkimi rozlewiskami, północna dzielnica Berlina Zachodniego. Formalnie ta część miasta znajdowała się we francuskiej strefie okupacyjnej.

Kościół polski pełnił nie tylko w Berlinie ważną rolę dla Polaków. Był tedy nie tylko miejscem modlitwy, uczestnictwa w nabożeństwie, ale służył za miejsce spotkań Polaków mieszkających w mieście. Tu można się było poznać z rodakami, zasięgnąć niezbędnych informacji, dowiedzieć się, co kogo interesowało, kupić, sprzedać, załatwić coś. Pod polski kościół w Berlinie Krzysztof Wcisło przyjeżdżał ze swymi książkami. Zwłaszcza na początku pobytu nie mieliśmy pieniędzy, ale udawało nam się raz na miesiąc czy na dwa zaoszczędzić 8-12 marek na kupno książki.

Pod polskim kościołem poznałem, na przykład, Petera Rainę — Hindusa doskonale mówiącego po polsku, wykładowcę na Freie Universitaet, wówczas już znanego autora książki o kardynale Stefanie Wyszyńskim, a zwłaszcza niezmiernie pożytecznej pracy o polskiej opozycji demokratycznej. Było to pierwsze systematyczne opracowanie po angielsku omawiające ugrupowania dysydenckie w PRL, streszczające ich historię, programy, prezentujące przekład najważniejszych dokumentów.

Raina zjawiał się od czasu do czasu pod polskim kościołem, miał żonę Polkę, ale nie można powiedzieć, aby z kimś utrzymywał bliższe kontakty. Raczej przeciwnie, trzymał się z daleka od polskich grup opozycyjnych w Berlinie Zachodnim. Chciał bowiem utrzymywać dobre stosunki z władzami PRL, skoro przyjazdy do Polski były dlań i naukową, i rodzinną zapewne koniecznością. Miano mu to wtedy bardzo za złe, że dystansuje się od opozycji wobec komunistycznego reżimu. Pismo "Przekazy' (o którym szerzej za chwilę), o ile pamiętam, pozwalało sobie na niewybredne żarty z niego.

I właśnie pod polskim kościołem Klimczak zaczął wypytywać, rozmawiać z ludźmi. I tak w kilka osób: Edward Klimczak, Leszek Woźniak, Leszek Kaleta, Stanisław Ochocki i jeszcze jedna młoda kobieta, ładna, ruda, chyba Joanna, której nazwiska, niestety, nie pamiętam, wzięli się za wydawanie "Biuletynu Informacyjnego". Pierwszy numer

Strona 187 (5) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"


ukazał się 17 lutego 1982 r. Redaktorzy tłumaczyli po prostu wiadomości z prasy niemieckiej, składali w całość i sprzedawali bodaj za 1,50 DM. Byli to zupełni amatorzy, nie tylko nie mający dotychczas nic wspólnego z dziennikarstwem, ale w wielu wypadkach — w ogóle z pisaniem czegokolwiek po polsku. 31 sięrpnia 1982 r. wybrałem się z Julitą na demonstrację w drugą rocznicę strajków w Polsce i powstania "Solidarności". Tutaj spotkaliśmy ludzi z "Biuletynu", m.in. Klimczaka, którzy chętnie widzieli nas jako swych ewentualnych współpracowników przy redagowaniu mocno już wtedy podupadającego pisma. Na pierwsze spotkanie redakcyjne, już na złożenie gotowego pisma, poszedłem sam. Julita została w domu. Zresztą nie wziąłem udziału w tym składaniu, bo się po prostu nie dostałem do środka — do mieszkania Woźniaka. — Redakcja nie miała wtedy jeszcze własnego lokalu i prace nad kolejnymi numerami "Biuletynu" odbywały się w mieszkaniach — u Klimczaka albo właśnie u Woźniaka na Roedernallee. Dosłownie parę dni po mojej nieudanej wizycie przeprowadziliśmy się z Julitą do tego samego budynku. Wtedy dowiedziałem się, że domofon przy drzwiach wejściowych nie działał, więc nikt nie odpowiadał na moje "dzwonki".

Z piwnicy w świat

Na składanie kolejnego "Biuletynu Informacyjnego" poszliśmy już razem z Woźniakiem — do nowego pomieszczenia redakcji. Mieściło się ono w piwnicy przy Katzbachstr. Piwnicę jako tako uporządkowano; jej remontowanie trwało dość długo, właściwie nieustannie aż do momentu przeprowadzki na Gesslerstr. — do redakcji z prawdziwego zdarzenia ponad rok później. Wszystko wykonywano własnymi siłami — pierwsze zasadnicze porządki zrobili Woźniak i Kaleta. Klimczak wynajął tę piwnicę za jakieś niewielkie pieniądze. Potem, gdy zaczęło przybywać sprzętu, "redakcja" rozszerzyła się o drugie piwniczne pomieszczenie. Zasadniczo jednak w tym piwnicznym gabinecie robiło się wszystko: były spotkania, rozmowy, składanie kolejnych numerów, pora odpoczynku na kawę i kanapkę. Do pierwszego numeru, w którym uczestniczyłem, zdaje się, że nawet coś napisałem. Bodajże po raz pierwszy wtedy posłużyłem się pseudonimem C. Kamski (Julita zastosowała pseudonim: Justyna Kamska). Nie wiem, dlaczego użyłem pseudonimu. Nie było po temu żadnego powodu. Ale tak już zostało.

Składanie numerów zaczynaliśmy we wtorek wieczorem i trwało to zawsze bardzo długo, do rana. W środę trzeba było całość zawieźć do

Strona 188 (6) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"


drukarza — daleko, gdzieś na Spandau — który potrzebował dwóch lub trzech dni na przygotowanie całości, łącznie ze zszyciem egzemplarzy i lakierowaniem okładki, która schła długo. Nowe wydanie dwutygodnika musiało być gotowe na sobotnie msze, a już obowiązkowo na niedzielę, kiedy się sprzedawało większość nakładu. Nie pamiętam jego wysokości, ale był on bardzo niewielki. Za moich czasów chyba nie przekroczył 800 egzemplarzy — i to już wtedy, gdy sprzedawaliśmy "Pogląd" w kilku punktach Berlina (w kiosku na dworcu Zoologischer Garten, w jednym z centralnych miejsc Berlina Zachodniego, czy w księgarni Stodicka) oraz mieliśmy całkiem sporą wysyłkę na całe Niemcy. Później nasz dwutygodnik miał prenumeratorów na całym świecie.

Robiliśmy pismo niezmiernie prymitywnymi metodami. Strony pisaliśmy na maszynie, na IBM-ach z wymienialnymi głowicami. Stanowiły one wówczas sporą nowość techniczną, a dla mnie — przyzwyczajonego do starych, poniemieckich maszyn do pisania czy rozklekotanych "Łuczników" — były istnym cudem zachodniej technologii. Probłem polegał na tym, że strony musiały być przepisane czysto, bezbłędnie. Wprawdzie przy tego typu maszynach błąd usuwało się dość łatwo, zamazując niechcianą literę białym korektorem, często jednak jakiś ślad zostawał, gdy nowa litera rozmazywała się mniej lub bardziej na białym podkładzie. Gorzej było z poprawianiem błędów już po skończonej stronie. Wtedy wkręcenie papieru ponownie w maszynę, tak by trafić dokładnie i równo w wymaganą linijkę, było praktycznie niemożliwe. Wielu z nas w redakcji osiągało szczyty perfekcji w trafianiu ponownie w linijkę i w przestrzeń słowa, którą trzeba było wypełnić właściwą, poprawioną literą, niemniej jednak w druku potknięcia te były widoczne. Toteż często, gdy na stronie było za dużo błędów, trzeba ją było po prostu przepisać na nowo. W "czystym" pisaniu specjalizował się Staszek Ochocki.

Nowy tekst rozpoczynaliśmy od nowej strony, jeżeli więc po poprzednim została biała przestrzeń, to trzeba ją było czymś wypełnić, zazwyczaj ilustracyjnym ornamentem wycinanym z gazet i magazynów niemieckich. Wklejenie ich i zatarcie konturów także nie należało do spraw łatwych. Chodziło o to, że kontur wyciętego obrazka dawał w druku brzydką ciemną obwódkę. Wyeliminowanie jej wymagało zamazania brzegów korektorem. Często trzeba było kłaść grubą jego warstwę i nierzadko do drukarza wiozło się strony sztywne od białej, zastygłej substancji. Informacje były tłumaczone i redagowane na samym końcu, ale od nich rozpoczynał się każdy numer pisma.

Informacjami zajmował się Klimczak jako biegły w niemieckim. Gorzej pisał po polsku, trzeba było potem jego tłumaczenia mocno poprawiać, aby nabrały językowego poloru, a zarazem nie zatraciły sensu. Klimczak zbierał informacje bardzo

Strona 189 (7) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"


starannie, korzystając z wielu niemieckich dzienników. Później, kiedy całość się rozbudowała, po prostu nagrywał je na magnetofon, czytając wprost z gazet, Ochocki czy Kaleta je przepisywali, a ja i Julita — poprawialiśmy, nadając tekstom odpowiednią formę. Informacje dotyczyły oczywiście głównie spraw polskich, a o takowe w niemieckiej prasię nie było trudno, polsko-niemieckich i niemieckich. W zasadzie wyłącznie politycznych.

Teksty do środka numeru braliśmy z różnych źródeł. A to ktoś coś przysłał, a to sami coś pisaliśmy, a to korzystaliśmyz opracowań Wolnej Europy, która (wówczas pod kierunkiem Zdzisława Najdera) przysyłała nam swoje biuletyny — audycje oraz wycinki z prasy polskiej. Z zasady też braliśmy choć jeden tekst z podziemnej prasy polskiej. Były omówienia prasy emigracyjnej, potem omówienia książek. We dwójkę, to znaczy Julita i ja, robiliśmy to wszystko, łącznie z wyborem przedruku z prasy podziemnej. Julita opracowywała dodatkowo swoją bardzo udaną rubrykę na temat zawartości oficjalnej prasy krajowej.

Mieliśmy paru stałych autorów i wielkich entuzjastów "Poglądu", który przyjął taką nazwę zaraz po naszym zjawieniu się w redakcji. Chyba tylko numer, w którego składaniu po raz pierwszy uczestniczyłem, nosił jeszcze starą nazwę "Biuletynu Informacyjnego" — następne już zaczęły ukazywać się pod tytułem "Pogląd. Dwutygodnik Komitetu Obrony Solidarności". Tytuł ten wymyślił Klimczak. Okładka miała stały układ graficzny, zmieniał się tylko kolor. Było to zgrzebne pismo, ale cieszyła nas praca nad nim, zapał pokrywał niedostatki umiejętności, wiedzy, kwalifikacji. Wszyscy się uczyliśmy dziennikarstwa w trakcie robienia kolejnych numerów.

"Wszyscy" — to może przesada. Na początku do grona piszących należeli tylko Julita, Klimczak (przy wspomnianych kłopotach z polszczyzną) i ja. Skład redakcji był bardzo płynny, ale stosunkowo prędko ustalił się jej trzon. Byli jeszcze Leszek Kaleta, Bartłomiej Koziewicz i Stanisław Ochocki — wszyscy nie piszący. Kaleta i Ochocki prowadzili wtedy cały sekretariat redakcji i finanse. Obaj byli niezmiernie skrupulatni, oddani sprawie pisma i jego sprawnego funkcjonowania. Ochocki — nerwowy, wręcz choleryczny z usposobienia, ale nie złośliwy. Był bardzo lubiany, a jego wybuchy gniewu z powodu jakichś niedostatków funkcjonowania redakcji przyjmowaliśmy ciepło i ze zrozumieniem. Znakomitym uzupełnieniem dlań był Leszek Kaleta — spokojny, cierpliwy, niezmiernie zrównoważony, bardzo pracowity. Wkrótce pojawił się w redakcji Wojciech Gruszecki — doktor chemii z Gdańska, jedna z kilkunastu osób, które podpisały historyczne porozumienia kończące strajk sięrpniowy w Stoczni. Gruszecki wraz z żoną Marysią akurat przebywał za granicą, kiedy wprowadzono stan wojenny.

Strona 189 (7) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"


Naturalnie figurował na listach do internowania w pierwszej kolejności, a więc został.

Mieszkali na Gruenewaldzie — stosunkowo daleko od nas. Nasze mieszkanie na Roedernallee wkrótce nam się sprzykrzyło, a ponieważ mieliśmy prawo do większego, więc znaleźliśmy takowe, jeszcze na dodatek tańsze. Nowiutkie mieszkanie na Ritterlandweg, także na Reinickendorfie, czyli w północnej części Berlina Zachodniego. Gruszeccy mieszkali na południu. Odwiedzaliśmyich od czasu do czasu — bez okazji czy z okazji świąt — a jazda samochodem do nich i z powrotem była całkiem sporą wyprawą.

Klimczak mieszkał na Marienfelde — także daleko od nas na południu. Byliśmy u niego tylko raz, nawet nie pamiętam z jakiej okazji.

Potem zjawił się młody chłopak ze Szczecina, Andrzej Skulski, kucharz okrętowy. Bardzo inteligentny, chętny do pracy, szybko się uczący, obrotny. Wreszcie Roman Żelazny. Nie pamiętam, czy wpierw przyszedł Skulski, a potem Żelazny, czy może odwrotnie. W każdym razie z Żelaznymi autentycznie się zaprzyjaźniliśmy. Trudno nawet powiedzieć — dlaczego, skoro mieszkali w Berlinie dość krótko. Roman, jak każdy z nas, emigrantów, borykał się z decyzją: co robić dalej? Zostać czy emigrować za ocean? Julita i ja opowiadaliśmy się już wtedy za Stanami Zjednoczonymi, Roman ze swoją żoną Zofią; lekarką, postanowili zostać w Niemczech i składać tutaj podanie o azyl. Jego argumentacja była dla mnie bardzo przekonująca: ma rodzinę — żonę i małą córeczkę, Niemcy jako państwo opiekuńcze zapewnią mu minimum życia — a owo "minimum" w przypadku państwa niemieckiego to było bardzo dużo: mieszkanie, utrzymanie, nauka niemieckiego. Nie może się rzucać na niepewne w Ameryce.

Jako pierwsi z całej grupy złożyli podanie o azyl polityczny. Do czasu rozpatrzenia ich wniosków przesiędlono ich do Republiki Federalnej, gdzieś na bawarską wieś. Wyjechali. Pamiętam, że toczył się w związku z tym wielki konflikt między nim a Klimczakiem, któremu zależało na zatrzymaniu ludzi z redakcji w Berlinie. Radził Romanowi, aby nie podporządkował się decyzji władz niemieckich i został. Żelazny twierdził, że jeśli decyduje się żyć w tym państwie, to nie może zaczynać od łamania prawa, co zwłaszcza w legalistycznych Niemczech może być później źle widziane. Klimczak strasznie się na decyzję Romana boczył, bo jednak jego wyjazd to był poważny ubytek dla redakcji. Żelazny należał przecież do nielicznych piór w redakcji. Nie tylko dobrze pisał, ale mógł z powodzeniem redagować teksty. Klimczak mimo gniewu na lotnisko przyszedł.

38. Julita Karkowska przed plakatem informującym o planowanej demonstracji na rzecz "Solidarności" sięrpień 1982 r. (fot. arch. Cz. Karkowskiego)

39. Edward Klimczak przemawia podczas demonstracji na rzecz "Solidarności", sięrpień 1982 r. Obok niego Kazimierz Proch (fot. arch. Cz. Karkowskiego)

36. W redakcji "Poglądu" na Gesslerstrasse (kwiecień 1984 r.) od lewej: Edward Klimczak, Roman Żelazny, Czesław Karkowski, Julita Karkowska (z tyłu), Tadeusz Folek; spoza redakcji Piotr Starzyński (fot. arch. Cz. Karkowskiego)

37. Julita Karkowska przy pracy w redakcji "Poglądu" na Gesslerstrasse, kwiecień 1984  r. (fot. arch. Cz. Karkowskiego)

40. Członkowie Komitetu Obrony Solidarności po uroczystości podpisania dokumentu założycielskiego Towarzystwa "Solidarność" latem 1983 r. Od lewej: Leszek Kaleta, Tadeusz Folek, Edward Klimczak, Julita Karkowska, Bartłomiej Koziewicz, Andrzej Skulski, Leszek Woźniak, Christian Bergmann, Joanna Mankiewicz, Roman Palamar, Stanisław Ochocki, Czesław Karkowski. Z przodu bokser Karkowskich — Supeł   (fot. W. Jurkiewicz)

Członiem założyciełem Tow. Solidarność był również fotograf Wiesław Jurkiewicz
Przypis Ked — 2009

41. Punkt informacyjny Komitetu Obrony Solidarności. Zorganizowano go z okazji obchodów w Niemczech święta 1 Maja. Od lewej Bartłomiej Koziewicz, Czesław Karkowski, Stanisław Ochocki (fot. arch. Cz. Karkowskiego)

42. Protest Komitetu Obrony Solidarności przed misją wojskową PRL w Berlinie Zachodnim w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego (13 grudnia 1983 r.). Od lewej: Julita Karkowska, Leszek Kaleta, Roman Żelazny, Stanisław Ochocki (fot. arch. Cz. Karkowskiego)

43. Członkowie redakcji "Poglądu" na demonstracji przeciwko groźbie naruszenia swobody poruszania się między Berlinem Zachodnim a Republiką Federalną Niemiec. Druga od prawej: Julita Karkowska, Leszek Kaleta (w głębi), Edward Klimczak, Wiktor Gebal, obok z tyłu Wojciech Gruszecki (fot. arch. Cz. Karkowskiego)

Uczestnik demonstracji z ręką w kieszeni jest osobą nieznaną.
Przypis Ked — 2009

Strona 191 (9) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"

Żegnaliśmy całą trójkę Żelaznych na berlińskim lotnisku Tegel. Tam właśnie po raz ostatni spotkała się pierwotna (choć nie założycielska) grupa ludzi bezpośrednio związanych z pismem.Żelaźni wyjechali na bawarską wieś, ale kontakt utrzymaliśmyi jeszcze w czasię pobytu w Berlinie, i potem, gdy już znaleźliśmy się w Stanach Zjednoczonych. Roman zresztą utrzymał związki z "Poglądem" przez lata, nawet przez pewien czas pełnił obowiązki redaktora naczelnego — żyjąc i pracując w nowych, luksusowych redakcyjnych pomieszczeniach "Poglądu" i co kilka tygodni dojeżdżając do domu, już wtedy w Monachium. Ja — już z Nowego Jorku — pisałem wtedy od czasu do czasu do "Poglądu" na tematy amerykańskie. Ale raczej mało z uwagi na brak czasu.

Entuzjaści, sojusznicy, pracownicy

Wreszcie przyszedł Jacek Klonowski (pseudonim; nazwisko: Kotala), który zajął się kaleką oprawą plastyczną naszej publikacji. Ujął "Pogląd" w proste, ale starannie pilnowane przezeń rygory estetyczne, tak że szata graficzna pisma wyraźnie się poprawiła, choć Jacek początkowo nie dysponował właściwie niczym poza własnymi umiejętnościami i zmysłem ładu. Stopniowo zaczął przybywać dodatkowy sprzęt, na przykład jakaś przeogromna, dziwaczna dla mnie maszyna do robienia tytułów, którą nasz plastyk cierpliwie opanował i skutecznie wykorzystywałdo ujednolicenia wyglądu stron dwutygodnika.I to właściwie tyle, jeśli chodzi o osobowy skład redakcji. Było sporo ludzi przelotnych, to jest takich, którzy przychodzili, pobyli w redakcji trochę, pisali coś albo w inny sposób dokładali swą pracę i odchodzili. O nich więc nie wspomnę. Ale mieliśmy jeszcze sympatyków. Jednym z pierwszych był Wiesław Jurkiewicz, piszący do "Poglądu" dość często i dużo pod pseudonimem W. M. Alexander. Pseudonim pochodził od Alexanderplatz, przy którym mieszkał w Stuttgarcie. W jaki sposób znalazł drogę do wtedy jeszcze "Biuletynu Informacyjnego" — nie wiem. Miał w Stuttgarcie zakład fotograficzny, zaś jego obsesją były służby specjalne PRL. Sam swego czasu pracował jako fotograf dla SB, aż w końcu uciekł na Zachód do Niemiec. Opublikował w "Poglądzie" "serial" poświęcony sposobowi pracy, inwigilacji i metodom postępowania policji politycznej w Polsce. Znał ją od podszewki i lubił uchodzić za człowieka dobrze zorientowanego w tajnikach esbecji. Jak zwykle w przypadku ludzi związanych kiedyś z SB przeceniał i wyolbrzymiał rolę tej policji w PRL, jej omnipotencję i wszechwiedzę. Entuzjastą "Poglądu" był też prof. Andrzej Kamiński — historyk i politolog zarazem, pracujący na jednym z uniwersytetów niemieckich.

Strona 192 (10) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"
O ile pamiętam, za moich czasów nie opublikował u nas ani jednego artykułu, ale wspierał pismo finansowo oraz — co równie ważne — głosił naszą chwałę. Nie tyle może, że byliśmy tak. dobrzy choć zapewne numeru na numer dwutygodnik się poprawiał, w miarę jak nabywaliśmy doświadczenia, zdobywaliśmy kontakty i wciągaliśmy się do pracy. Istotniejsze prawdopodobnie było to, że "Pogląd" był praktycznie jedyną trwalszą publikacją w całych Niemczech, gdzie zarazem żyła największa w Europie polska emigracja. W ogromnym procencie byli to tzw. aussiędlerzy, "przesiędleńcy", czyli ludzie z Polski, którzy mając udokumentowanych niemieckich przodków, otrzymali obywatelstwo Republiki Federalnej. Ale było też sporo azylantów i naturalnie cała masa ludzi z Polski pracujących "na czarno". Aż dziw, że nie pojawiło się więcej polskojęzycznych periodyków. Różne krążyły teorie na temat tej dziwnej pustki. Mieliśmy ciągłą świadomość tego, że największe po 1945 r. skupisko Polaków w Wielkiej Brytanii kurczy się gwałtownie; że jego instytucje i jego pisma nie przetrwają zbyt długo, skoro z roku na rok coraz szybciej zaczyna brakować im wsparcia. Starzy emigranci wojenni wymierają, młode pokolenie asymiluje się i odchodzi od polskości. W latach osięmdziesiątych punkt ciężkości Polaków w Europie przesunął się na kontynent. Tutaj najmocniejsza była polska grupa we Francji. "Kultura" i cały Instytut Literacki dominowały nad wszystkim, przyciągały ludzi, kształtowały opinie i postawy. Oprócz tego Paryż stanowił silny magnes dla inteligencji. Polacy w stolicy Francji stanowili potężną grupę. Jej kaliber przytłaczał. Nic tedy dziwnego, że tam właśnie w 1982 r. wychodzić zaczął najbardziej wpływowy "Kontakt", miesięcznik pod red. Mirosława Chojeckiego, który akurat znalazł się na Zachodzie po wprowadzeniu stanu wojennego. Ale w tym właśnie okresię zdecydowanię najliczniejsza już grupa polska na kontynencie mieszkała w Niemczech. Wydawało się nam tedy zupełnie naturalne, że ta ogromna Polonia potrzebować będzie swojego pisma. I chcieliśmy uczynić "Pogląd" takim właśnie czasopismem. W istocie były inne publikacje. Wychodziły (krótko i nieregularnie) periodyki polskie w wielu miastach Republiki Federalnej. Poznałem kilku ich redaktorów przy rozmaitych okazjach, ale z Jackiem Proszowskim z Dortmundu, który wydawał Biuletyn Informacyjny "Zbliżenia", spotkałem się w celach bardzo konkretnych. Było to już w okresię krzepnięcia naszego dwutygodnika i chodziło nam o to, aby jego pismo stało się integralną częścią "Poglądu". Innymi słowy, aby ludzie wydający ów magazyn przestali się mordować z niezbyt udaną publikacją, ale ograniczyli się do paru stron u nas jako swoistej "kroniki z Dortmundu". Zachowaliby swoją winietę, ludzi, otrzymaliby wyodrębnione strony w naszym dwutygodniku.
Strona 193 (11) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"

Z tym samym pomysłem chcieliśmy wyjść do Hanoweru, gdzie był Janota Bzowski, do Hamburga, Frankfurtu, Monachium, Mainzu i Stuttgartu — by wymienić główne ośrodki, w których coś się działo. W ten sposób "Pogląd" stałby się faktycznie i oficjalnie pismem polskim na całe Niemcy, mającym "kroniki" z najważniejszych skupisk polskich. Nic z zamysłu nie wyszło, choć swoista namiastka tego projektu faktycznie istniała. Znajdowaliśmy korespondentów z różnych miast Niemiec, którzy pisali do "Poglądu" i mieli stanowić coś w rodzaju zalążków przedstawicielstw naszego dwutygodnika. W samym Berlinie wychodziło drugie pismo — "Przekazy" Grupy Roboczej "Solidarności", wydawane od lutego 1982 r. (było to więc pismo praktycznie rówieśne wobec poprzednika "Poglądu" — "Biuletynu Informacyjnego"). Jako miesięcznik wychodziło jednak rzadziej i to bardzo nieregularnie. Był to magazyn o literackich ambicjach i skupili się wokół niego młodzi ludzie o zapędach twórczych. Polityka ich mało interesowała (choć po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce od polityki uciec nie można było), z pogardą i lekceważeniem odnosili się do wszelkiego etosu walki, a w szczególności do nas, ludzi z "Poglądu", uważając nasze bezpieczne atakowanie systemu PRL za dziecinadę. Wydawała go grupa ludzi na czele z Krzysztofem Wcisło, Krzysztofem Kasprzykiem (później wyemigrował do Kanady) i Andrzejem Więckowskim (później wylądował w Wolnej Europie i ostatecznie wrócił do Polski). W tworzeniu pisma brali też udział Wojciech Drozdek, po odejściu Wcisły szef Grupy Roboczej, który — jak rozumiałem — utrzymywał się ze sprzedaży polskich książek (właśnie Drozdek zastąpił nas, tj. Julitę i mnie, na stanowisku redaktora naczelnego "Poglądu") oraz Włodzimierz Nechamkis, początkowo związany z "Biuletynem Informacyjnym". Gdzieś na początku 1984 r. nastąpił w zespole "Przekazów" rozłam. Przyczyn nie znam, przypuszczam jednak, że obok względów ambicjonalnych (a te zawsze będą grały rolę w polskich środowiskach) powstały w grupie tej rozbieżności co do charakteru pisma. Jedni (na pewno Więckowski) ewoluowali w kierunku czasopisma literackiego, inni — być może Drozdek — pragnęli utrzymać dotychczasową linię pisma społeczno-kulturalnego, choć nie angażującego się w bezpośrednią działalność polityczną. W każdym razie Więckowski, Nechamkis i Jerzy Stachurski założyli nowe pismo — "Archipelag", ściśle literackie. Do sympatyków i orędowników "Poglądu" można było zaliczyć również Andrzeja Chileckiego z Monachium, głównie znanego jako korespondenta niemieckiego paryskiej "Kultury". Przez dłuższy czas przyglądał się nam nieufnie (nie był zresztą w tym jedyny), wyraźnie czekając, chcąc stwierdzić, czy będziemy taką samą efemerydą jak wiele innych pism "solidarnościowych", które w tym czasię mnożyły się w całej Europie, czy
Strona 194 (12) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"
 

też kroi się nam dłuższy żywot. Stopniowo przekonywał się do naszego dwutygodnika. Niewątpliwie ważnym sojusznikiem pisma w pierwszych latach jego istnienia był Tadeusz Folek z Kolonii. Publikował on na łamach dwutygodnika bardzo popularne artykuły poświęcone prawu azylowemu w Niemczech. Na tematykę tę panowało wtedy ogromne zapotrzebowanie wśród Polaków. Istniały bowiem tylko dwie drogi zalegalizowania pobytu w Niemczech. Jedna poprzez wykazanie niemieckiego pochodzenia, czyli doszukanie się w papierach rodzinnych przodka Niemca. Druga — to otrzymanie azylu politycznego, czyli uznanie przez Republikę Federalną, że wnioskodawca-cudzoziemiec był prześladowany politycznie, religijnie lub rasowo w swoim kraju i ma uzasadnione obawy przed powrotem doń. Wielu Polaków chwytało się tej szansy, chcąc zostać w Niemczech, a nie mając krewnego Niemca.Po pewnym czasię Folek przedstawił pełną książkę, poświęconą prawu azylowemu w Niemczech. Postanowiliśmy ją opublikować. Książka taka stanowiła nie tylko źródło dodatkowego dochodu dla firmy, ale także ugruntowywała naszą pozycję wśród Polaków w Republice Federalnej. Ani nie znałem się na tej probłematyce, ani mnie ona specjalnie nie interesowała. Całość jednak sprawiała bardzo solidne wrażenie. Książka zawierała nie tylko przekład najważniejszych dokumentów dotyczących tej sprawy, ale też fachowy komentarz Folka i wskazówki praktyczne. Rzeczywiście cieszyła się wielkim wzięciem. Publikacja była bardzo pożyteczna, zapewne pomogła wielu ludziom. Folek zmarł jakieś dziesięć lat później, wcześniej zmarł Chilecki, potem prof. Kamiński. Nasi współpracownicy i orędownicy odeszli. Pomogli bardzo w ugruntowaniu pozycji "Poglądu" jako czołowego pisma polskiego w Niemczech i Europie Zachodniej.

Co nas łączyło

Wielokrotnie zastanawiałem się, w czym tkwiła tajemnica naszej trwałości. Istnieliśmy bodaj nawet dłużej niż potężniejszy od nas "Kontakt", wychodzący w Paryżu pod redakcją Mirosława Chojeckiego z c ałą plejadą najlepszych piór na emigracji i z kraju. Miał za sobą organizację, pieniądze, wysokie poparcie polityczne i znane nazwiska. Trwaliśmy dłużej niż silne pisma solidarnościowe: biuletyn wydawany w Paryżu przez Seweryna Blumsztajna, przez Marka Garzteckiego

Strona 195 (13) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"

w Londynie, przez Aleksandra Świeykowskiego w Sztokholmie. Nie raz dyskutowałem na ten temat z Romanem Żelaznym. Zaczynaliśmy bardzo skromnie, a jednak przetrwaliśmy większość "potentantów". "Pogląd" był bezsprzecznie jednym z najdłużej ukazujących się pism spod znaku "Solidarności" — spośród wszystkich publikacji wydawanych na Zachodzie po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. Co się na to złożyło? Na pewno pieniądze. Bez pieniędzy nie można by było wydawać pisma przez dłuższy czas. Na początku brakowało wszystkiego, wszystko trzeba było robić samemu i to jak najtańszym kosztem. Po jakimś roku od naszego przyjazdu do Berlina Zachodniego Klimczak (a jego upór bezsprzecznie należał do ważnych czynników sprzyjających trwaniu dwutygodnika) "znalazł" pieniądze. Innymi słowy, zdołał pozyskać sponsora, który widząc naszą determinację i ciężką pracę, a także nie najgorsze zapewne efekty przy tak skromnych możliwościach, zdecydował się całą grupę wesprzeć finansowo. Podobno sponsorem były związki zawodowe, choć przez długi czas Klimczak był na ten temat bardzo tajemniczy. Poprawiło nam się radykalnie — aż do przesady. Przede wszystkim Klimczak wynajął nowe pomieszczenie dla redakcji przy Gesslerstr. w dzielnicy Schoeneberg. W porównaiu z pierwszą piwnicą na Katzbachstr. były to wręcz salony: wielkie, jasne pomieszczenia. Znajdowało się w niej kilka przestronnych pokoi. Pojawił się i nowoczesny sprzęt pozwalający na znacznie bardziej profesjonalne przygotowywanie dwutygodnika. Miast pisma przepisywanego, "jednym rządkiem" na maszynie, pojawił się magazyn z tekstem w eleganckich szpaltach, równo od lewej i prawej strony złożony na znakomitych urządzeniach. Pisanie na nich nie należało do łatwych, mnie — na przykład, tak samo Julicie — nie chciało się już uczyć nowej sztuki. Opanowali ją inni.Pojawiły się płace dla ścisłego zespołu "Poglądu" oraz honoraria dla autorów. Przedtem wszystko wykonywane było za darmo — przez nas, ludzi z redakcji, jako chętnych do poświęcenia czasu na redagowanie pisma oraz przez osoby piszące doń z różnych stron Niemiec i nie tylko. Wreszcie stać było przedsiębiorstwo (bo stało się ono już sporym przedsiębiorstwem) na znacznie droższy, a więc lepszy druk i bogatszą szatę graficzną — już nie tylko na skromniutką, najtańszą okładkę i trochę tekstu wewnątrz, ale na ilustrowaną okładkę i zdjęcia w środku. Wtedy też powstała kwestia zatrudnienia dodatkowego dziennikarza do rozrastającej się redakcji pisma i uzupełnienia niejako luki powstałej po wyjeździe Romana Żelaznego. Ponadto Klimczak coraz bardziej zaabsorbowany swoimi działaniami "na zewnątrz", a także przygotowywaniem kolejnych wydań niemieckiego wydawnictwa "Die Meinung", miał coraz mniej czasu na robienie kroniki informacyjnej. Potrzebował kogoś, kto go w tym wyręczy.

Strona 196 (14) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"


 

Długo rozglądaliśmy się za kimś, w końcu wybór padł na Janusza Rudnickiego z Braunschweigu. Przyjechał do Berlina Zachodniego na okres próbny (chyba na miesiąc) wczesną wiosną 1984 r. Dzień czy dwa mieszkał u nas na Ritterlandweg, a potem koczował w redakcji na Gesslerstr.

Janusz był doskonałym kolegą, człowiekiem świetnie władającym polszczyzną, ale cóż... praca w "Poglądzie" niespecjalnie go interesowała. Jego pasją była literatura, świetny był w krótkich formach literackich. Natomiast etat w redakcji interesował go o tyle, o ile jako człowiek bez pracy poszukiwał zatrudnienia. Redakcja pisma społeczno-politycznego to nie był szczyt jego marzeń, wyraźnie się męczył, robiąc te kroniki, czyli wyszukując z niemieckich gazet informacje odpowiednie dla dwutygodnika i tłumacząc je na polski. Redagowanie cudzych tekstów też wyraźnie go irytowało.

Został później zatrudniony w "Poglądzie", ale to już się działo po naszym wyjeździe do Stanów Zjednoczonych.

Jednak wielu z nas, od początku związanych z "Poglądem", zaczęło czegoś brakować: brakowało nam owej ciasnej piwnicznej izby na Katzbachstr., gdzie zbieraliśmy się na rozmowy i o piśmie, i o wszystkim innym; brakować nam zaczęło tamtego pierwszego zapału i entuzjazmu, poczucia satysfakcji, że mimo wszystko i wbrew wszystkiemu wydajemy dwutygodnik, robi się on coraz lepszy, poszerza się krąg jego zwolenników. Zaczęło nam brakować tych pionierskich czasów, swoistej solidarności między nami, bo przecież istniała swoista więź, poczucie wspólnoty w tworzeniu pisma. Wszyscy robili praktycznie wszystko, co tylko mogli i potrafili. Wszyscy przyczyniali się do powstawania kolejnych numerów, na zmianę jeździliśmy pod "polski kościół", by "Pogląd" sprzedawać — po 4 DM za sztukę.

Później więź ta szybko osłabła, gdyż ogniwem wiążącym ludzi z pismem stało się nie ono, ale pieniądze otrzymywane za wykonywaną pracę. Paradoksalnie była to więź znacznie słabsza, bo traktowana bardzo formalistycznie.

Drugim szalenie ważnym czynnikiem długiego trwania pisma była osoba twórcy Komitetu Obrony "Solidarności" (KOS) — organizacji powstałej w marcu 1982 r., choć prawnie zarejestrowanej ponad rok później — Edwarda Klimczaka. Miał przykry charakter, to nie ulega wątpliwości. Ale miał i wiele zalet. Przede wszystkim — ogromną pasję w realizacji przedsięwzięcia, jakim było wydawanie "Poglądu". Choć właściwie większość obowiązków bezpośrednio redakcyjnych spadła na Julitę i na mnie (Roman Żelazny, także piszący i z doskonałą znajomością polszczyzny, co pozwalało na sprawne redagowanie tekstów, był niestety zbyt krótko), to jednak Klimczak bardzo rzetelnie przygotowywał kronikę

 

Strona 197 (15) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"


 

informacyjną, opartą na niemieckich gazetach. A co najważniejsze działał "na zewnątrz", publikował artykuły w prasię niemieckiej, udzielał wywiadów w radiu, nawiązywał znajomości, szukał poparcia, pieniędzy. Miał z pewnością ambicje polityczne i chciał zaistnieć na scenie politycznej Berlina jako przedstawiciel polskiej grupy. Na pewno więc na piśmie mu zależało, tak jak i na niemieckojęzycznym wydawnictwie pt. "Die Meinung". Tylko bowiem przez wejście w orbitę niemieckich oddziaływań mógł liczyć (i słusznie) na wypłynięcie na szersze wody.

Pierwsze wydanie "Die Meinung" ukazało się w 1983 r. i stanowiło wybór tekstów z wcześniejszych "Poglądów". Pracował nad tym ciężko. Nikt z nas nie był w stanie mu pomóc, znajdował więc w tym dziele jakieś dorywcze wsparcie wśród Niemców.

Ważne też okazało się, że był mocno w Niemczech zakorzeniony — i językowo, i kulturowo — więc dla nas wszystkich, świeżych przybyszów, stanowić mógł silne oparcie w nowym świecie. I stanowił, bo niezależnie od jego pracy na rzecz "Poglądu" często pomagał nam przy załatwianiu jakichś spraw w niemieckich urzędach; pamiętam, że poszedł z nami po raz pierwszy na Friedrichstr. na policję dla cudzoziemców, kiedy staraliśmy się o Duldung. Chodził też z innymi ludźmi z redakcji po urzędach, a potem dla wszystkich pisał wnioski azylowe.

Słowo "azyl" było jednym z częściej używanych w redakcji. O ile się nie mylę, wszyscy z podstawowego składu przebywali na duldungu. Mieliśmy jednak świadomość, że okres "tolerowania" Polaków w Berlinie Zachodnim, jak i w całych Niemczech, wkrótce się skończy. Polakom przyznano ryczałtem po wprowadzeniu stanu wojennego status "tolerowanych" w Republice Federalnej do czasu wyklarowania się sytuacji w Polsce. Choć dalej trwały w Polsce internowania i obowiązywało prawo stanu wojennego, to jednak wszystko zmierzało ku normalizacji, uspokojeniu, utrwaleniu status quo. Dążyły do tego nie tylko władze w PRL i całym bloku komunistycznym. Pragnęli tego również Niemcy i cały Zachód. Zdawaliśmy sobie doskonale sprawę, że trzeba będzie już niedługo coś postanowić.

Tymczasowy byt musiał się skończyć. Był wspaniały, bo pozwalał nam na swobodne życie w Berlinie, cieszenie się z uroków miasta, z godzinnych wędrówek z psem po wielkich lasach i parkach, korzystania z licznych plaż miejskich latem bez troski o jutro. Coraz częściej mówiło się o końcu duldungu.

Z drugiej strony chodziło też o stabilność redakcji. Ludzie z nią związani nie mogli być ciągle tymczasowymi rezydentami, chwilowo zajmującymi się pismem. Niejedną rozmowę przeprowadziliśmyz Leszkiem Kaletą czy Staszkiem Ochockim, którzy namawiali nas na podjęcie decyzji o zostaniu

 

Strona 198 (16) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"


 

w Niemczech. Do tego tematu wielokrotnie też powracał Klimczak. Mogliśmy w dużym stopniu zapewnić redakcji trwałość.

W końcu w styczniu 1984 r. zapadła decyzja: wszyscy z redakcji zgłoszą wniosek o azyl polityczny w Niemczech. Nie była to decyzja łatwa, bo chociaż większość wiązała swoją przyszłość z Berlinem i Republiką Federalną, to jednak status azylanta wiązał się z dużym ryzykiem. Złożenie podania równało się skierowaniu do jednego z mnóstwa rozsianych po całych Niemczech obozów dla oczekujących na azyl. W praktyce dla nas oznaczało to, że będziemy musięli się rozjechać i skończy się "Pogląd", a przecież właśnie chęć związania się z nim i uregulowania sytuacji redakcji skłaniała ludzi do wystąpienia o azyl.

Ostatecznie przekonał wszystkich Klimczak, że on to załatwi, aby nie wysyłano członków redakcji poza Berlin; w ostateczności, gdyby władze postawiły na swoim, mieliśmy rozpocząć akcję protestacyjną.

Julita i ja nie wiedzieliśmy, co robić. Oboje byliśmy zdecydowani na emigrację do Stanów Zjednoczonych. Z drugiej jednak strony, życie w Niemczech zdawało się stabilizować, Berlin był wspaniałym miejscem do mieszkania, mieliśmy pracę, którą lubiliśmy, "Pogląd" zdobywał coraz szersze kręgi czytelników i zwolenników, a poza tym, co chyba najważniejsze — minęło ponad półtora roku od chwili złożenia przez nas podania o emigrację do USA i żadnej reakcji z tamtej strony. Zdaliśmy się na los, który nami pokierował. Dosłownie na parę dni przed udaniem się na policję dla azylantów, gdzie mieliśmy złożyć formalny wniosek, przyszło wezwanie na rozmowę do konsulatu USA we Frankfurcie. Dostaliśmy wizy emigracyjne do Ameryki. Odetchnęliśmy, ale redakcja stanęła przed trudnym zadaniem znalezienia kogoś, kto mógłby redagować pismo. Ostatecznie zatrudniono Drozdka, co było złym pomysłem, ale doprawdy w Berlinie brakowało ludzi z kwalifikacjami do takiego zajęcia. Drozdek zresztą niedługo zagrzał miejsce w "Poglądzie", ale to już się stało po naszym wyjeździe do Stanów Zjednoczonych.

W dążeniu do ustabilizowania sytuacji "Poglądu" i jego redakcji Klimczak rozpoczął starania o zarejestrowanie Komitetu Obrony "Solidarności" (KOS), który przecież nie miał żadnego statusu. Tak się po prostu swego czasu nazwała grupka ludzi w Berlinie Zachodnim na początku stanu wojennego. Chodziło o to, aby ukonstytuować go jako legalnie i prawnie funkcjonującą instytucję w mieście i całej Republice Federalnej. Zapewne, jak podejrzewałem, był to również wymóg sponsora, aby mógł nas legalnie dofinansowywać.

Statut organizacji, która w wersji niemieckiej przybrała nazwę Towarzystwa (Gesellschaft) Solidarność, przygotował Klimczak razem z Folkiem, ale trzeba było naturalnie korzystać mocno z pomocy niemieckiego prawnika.

Strona 199 (17) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"


Towarzystwo zostało formalnie zarejestrowane latem 1983 r. Było w każdym razie bardzo ciepło, kiedy grupa założycielska stawiła się u prawnika, aby podpisać stosowne dokumenty. Przyjechali specjalnie na tę uroczystość Jurkiewicz ze Stuttgartu oraz Folek z Kolonii — obaj także członkowie Towarzystwa. Wśród założycieli (oprócz ludzi z redakcji) znalazł się jeszcze Christian — młody człowiek wykupiony z NRD (handel politycznymi więźniami, uprawiany przez komunistyczne Niemcy, to w ogóle osobna historia) — oraz para Polaków, których imion nie pamiętam. Wkrótce zresztą potem znikli z "Poglądu", przestali się pokazywać, jak wielu innych, którzy przychodzili i odchodzili.

Uwiecznieni w każdym razie zostali wszyscy, łącznie z naszym psem bokserem, Supłem, cierpliwym uczestnikiem wielu redakcyjnych posiędzeń, na pamiątkowym zdjęciu zrobionym przez fotografa Jurkiewicza.

Trzecim istotnym czynnikiem trwania "Poglądu" aż do 1988 r. był szczęśliwy przypadek, że przy jego tworzeniu spotkali się ludzie, którzy wyjątkowo zgodnie i ofiarnie pracowali. I chcieli prącować, robić pismo, tworzyć coś. Nie popędzał nas słomiany zapał, jak w przypadku mnóstwa efemeryd, jakie po wprowadzeniu stanu wojennego w PRL pojawiły się w Niemczech i innych krajach zachodniej Europy. Tworzyliśmy przy tym zespół wyjątkowo zgodny, bezkonfliktowy. Nie targały nami ambicje, nie ponosiły emocje karmione chęcią pokazania się, postawienia na swoim, górowania własnym "ego" nad innymi. Zespół stanowił rzeczywiście rzadką kombinację osób zgodnych, wzajemnie życzliwych, chętnych do pracy — i to niekiedy bardzo ciężkiej, skoro dzień składania kolejnego numeru przedłużał się zwykle na całą noc. Wracałem nad ranem do domu. Stwarzało to dodatkową trudność, bowiem w Berlinie metro kursowało do północy, czy do 1 w nocy. Potem trzeba było na własną rękę podróżować po w końcu całkiem dużym mieście. Nieoceniony w takich przypadkach okazywał się Bartek Koziewicz, który miał samochód i rozwoził nas po domach.

Doprawdy nie przypominam sobie żadnych wielkich awantur, scysji, kłótni. Jeżeli pojawiały się kontrowersje, to były one raczej rzadkie i chyba głównie na linii Klimczak — Gruszecki. Ten drugi miał bowiem swoje ambicje polityczne, kolidujące niekiedy z naszymi, choć nikt mu jego przyłączenia się w pewnym momencie do PPS-u i działalności w tej partii nie wymawiał. Nic to nam nie szkodziło, rzecz w tym, że Gruszecki chciał przekształcić "Pogląd" w organ swojej partii, na co nie mogliśmy się zgodzić. Nie uważaliśmy naszego pisma za organ jakiejś partii czy konkretnej orientacji politycznej.

To był chyba kolejny czynnik stanowiący o trwałości "Poglądu": nie wstrząsały nami spory polityczne, które w tamtych czasach były szczególnie żywe i dzielić potrafiły ludzi bardzo mocno. Nasza deklaracja,

Strona 200 (18) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"


wyrażona w pierwszym numerze pisma (tj. "Poglądu", a nie "Biuletynu Informacyjnego"), była niezmiernie ogólna i sprowadzała się do realizacji czterech celów: propagowania i obrony idei "Solidarności", pomocy wydalonym z Polski działaczom, którzy trafili do Berlina, pomocy Polakom najnowszej emigracji i organizowanie pomocy dla rodaków w kraju.

W statucie Towarzystwa Solidarność e.V., zarejestrowanego w Berli· nie Zachodnim w lecie 1983 r., stwierdzaliśmy między innymi:

Zrzeszenie jest ponadpartyjne i realizuje w swej działalności wyłącznie cele użyteczności publicznej, jakimi są:

1.
Popieranie niesięnia pomocy dla osób prześladowanych z przyczyn politycznych, rasowych i religijnych, dla uchodźców i wysiędleńców, przede wszystkim z krajów bloku wschodniego, a w szczególności z Polski.
2.
Propagowanie tolerancji w dziedzinie kultury oraz rozpowszechnianie idei porozumienia między narodami w celu pokojowego ich współistnienia. [...]
3.
Propagowanie zbliżenia kulturowego między narodami, a w szczególności między Polakami i Niemcami. [...]
4.
Popieranie ruchów demokratycznych w państwach totalitarnych, przede wszystkim w Polsce i w krajach ·bloku wschodniego. [...]

Właściwie nie mieliśmy skonkretyzowanego profilu politycznego poza ogólnym "solidarnościowym" ukierunkowaniem na demokrację, zbliżenie między narodami, prawa człowieka, antykomunizm. Nie identyfikowaliśmy się z żadną partią ani ugrupowaniem politycznym, choć robiono to za nas. Początkowo utożsamiano nas z KPN-em. Było to nieporozumienie, skoro w Berlinie istniał (ale bardzo krótko, praktycznie już zamierający, gdy przyjechaliśmy) "Pomost" Romana Piórkowskiego, a w Mainzu — przedstawicielstwo "Solidarności Walczącej" Witolda Wirgi, organizacje znacznie radykalniejsze, zatem bardziej zbliżone do ideologii KPN niż nasz Komitet Obrony "Solidarności".

Wspomniane nieporozumienie zaś wzięło się stąd, że pierwszą książeczką, jaką wydaliśmy, była Rewolucja bez rewolucji Leszka Moczulskiego. Wybór tej publikacji był w istocie szalenie przypadkowy i nie miał na celu żadnej deklaracji politycznej. Chcieliśmy przy "Poglądzie" stworzyć coś w rodzaju serii osobnych wydawnictw, niewielkich, bardzo tanich, zawierających najważniejsze teksty polskiej myśli politycznej ostatnich dziesięcioleci. Napisałem nawet w tej sprawie do "Kultury" i do ,,Aneksu" z prośbą o zgodę na przedruk i wydanie w osobnej broszurze jakichś większych artykułów, publikowanych na łamach tych pism.

Z obu miejsc otrzymałem zgodę, ale nigdy do realizacji projektu nie doszło. Chroniczny brak pieniędzy i ludzi do pracy uniemożliwiał równoległą działalność na rzecz "Poglądu" i wydawnictwa zakładanego przy naszym Komitecie. Potem pojawiła się możliwość wydania książki

Strona 201 (19) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"


Tadeusza Folka o prawie azylowym, zepchnęła więc inne kwestie na dalszy plan i tak ów pierwotny zamysł został zarzucony. Tym bardziej, że jednak ciągle pracowaliśmy (w chwilach wolnych od zajmowania się "Poglądem", a zdarzało się to szalenie rzadko) nad osobnymi publikacjami. Chyba następna była książka Tomasza Jastruna 3, potem Józefa Kuśmierka 4. Kiedy wyjeżdżaliśmy na dalszą emigrację do Ameryki, "Pogląd" przygotowywał się do wydania powieści pt. Wolna Trybuna Christiana Skrzyposzka, mocno zniemczonego Polaka mieszkającego w Berlinie. Nie byłem tym projektem szczególnie zachwycony. Książka niespecjalnie mi się podobała (coś w rodzaju futurystycznej fantazji politycznej), ale najistotniejsze zastrzeżenie dotyczyło pryncypiów. Uważałem, że nie powinniśmy angażować się w literaturę piękną, skoro naszą domeną była publicystyka społeczno-polityczna bądź reportaż. Literaturą parał się "Archipelag" Andrzeja Więckowskiego. Oprócz periodycznego magazynu grupa ,,Archipelagu" wydawała też osobne prace literackie.

Poza tym nie było sensu z nimi rywalizować. Andrzej Więckowski był uzdolnionym pisarzem, zapalonym literatem, a cała grupa ,,Archipelagu" czerpała dodatkową motywację do działania i siłę przebicia z patronatu Witolda Wirpszy, który żył jeszcze wtedy w Berlinie Zachodnim. Pozycja i autorytet Wirpszy oraz energia młodych pisarzy skupionych wokół niego zapewniały im przewagę nad nami. Lepiej więc, uważałem, nie wchodzić na ten teren.

Recepta na sukces

A przecież — zachowując własną odrębność, specyfikę, startując niemal od zera — odnieśliśmy nieprawdopodobny sukces. Kiedy Julita i ja przyjechaliśmy do Berlina Zachodniego pod koniec sięrpnia 1982 r. — "Biuletyn Informacyjny" był marną broszurką publikowaną na powielaczu. Fatalnie redagowany, źle składany, pisany okropną polszczyzną. Zabraliśmy się do pracy nad pismem i zaczęło się poprawiać z wydania na wydanie. Ludzie, którzy zajmowali się robieniem "Biuletynu", nigdy z tego typu zajęciem dziennikarskim nie mieli do czynienia. Gorzej nawet: w dużej mierze pozostawali na bakier z polszczyzną. Sam fakt, że umieliśmy wiązać poprawne zdania, wyrażać myśl w sposób klarowny i zwięzły, był

3 T. Jastrun, Zapiski z błędnego koła, "Pogląd" – Wydawnictwo Towarzystwa Solidarność. Pierwodruk Wydawnictwo "Przedświt" 1983 [W.P.-S.)
4 Por. J. Kuśmierek, Credo, "Pogląd" -Wydawnictwo Towarzystwa Solidarność. Pierwodruk Wydawnictwo "Przedświt" 1983; tenże, Polska a Zachód czyli oczekiwanie na pomoc, "Pogląd" Wydawnictwo Towarzystwa Solidarność, b.r. [W.P.-S.].

 

Strona 202 (20) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"


na początek niezmiernie ważny. Przekazywane informacje, krótkie teksty publicystyczne, stały się po naszej obróbce czytelne, zrozumiałe, nie raziły kaleką składnią, zostały ujęte w rygor poprawnej polszczyzny. W ślad za tą podstawową pracą przyszły dalsze pomysły na nowe działy, urozmaicenie poszczególnych numerów, wzbogacenie zawartości dwutygodnika.

Wszyscy z pierwszego składu redakcji przyznawali zgodnie, że "Biuletyn" się już kończył i prawdopodobnie nie przetrwałby długo, gdyby nie my. Tchnęliśmy weń nowe życie, nadaliśmy pismu rozpęd, a ludziom skupionym wokół niego — nowy zapał do pracy, skoro widzieli pismo poprawiające się, zmieniające na lepsze. Od naszego przybycia do Berlina Zachodniego i zaangażowania się w redagowanie i wydawanie "Poglądu" nastąpił radykalny zwrot. I bez specjalnej przesady można powiedzieć, iż dwutygodnik systematycznie poprawiał się cały czas. To dodawało otuchy wszystkim, zachęcało do angażowania się w takie przedsięwzięcie, w którym zaczęli widzieć sens. Oczywiście współtwórcą sukcesu był cały zespół, a nasza rola polegała na zatrzymaniu nieuchronnego upadku i nadaniu dynamiki pismu. Ten impet wystarczył później "Poglądowi" na lata. Dwutygodnik zaczął być dostrzegany przez elitę polskojęzyczną w Niemczech, ceniony i uznawany za czołowe pismo polskie w Republice Federalnej. Co więcej jeszcze: utrzymanie pisma przy życiu i stała poprawa jego poziomu pozwoliła zdobywać patronów i sponsorów, którzy później zapewnili "Poglądowi" finansowe zaplecze.

Jako redakcja nie tworzyliśmy partii ani stronnictwa politycznego. Można powiedzieć, iż w tym całym rozpolitykowaniu byliśmy osobliwie apolityczni. Nie dlatego, że nas polityka nie interesowała, ale nie chcieliśmy wchodzić w szczegóły programów ugrupowań i orientacji politycznych. Kierowaliśmy się kilku ogólnymi, prostymi zasadami. Można je sprowadzić do antykomunizmu i demokracji. Choć już w tym drugim przypadku, nie pytaliśmy się, ani nie roztrząsaliśmy kwestii: jaka konkretnie demokracja, jaki konkretnie ustrój odpowiada nam najbardziej. W sprawy te lubił się wdawać Wojciech Gruszecki; my raczej na szczegółowe dywagacje wzruszaliśmy ramionami, skoro naszym cełem było wydawanie pisma, a politycznie — ogólnie rozumiana wolność, suwerenność i demokracja w Polsce. Dużą wagę przywiązywaliśmy do kwestii stosunków polsko-niemieckich. To — można powiedzieć — była nasza specjalność. Żadne inne polskie pismo na świecie nie informowało tak szczegółowo o wszystkich sprawach związanych z tą probłematyką, jak właśnie my.

Ale dwutygodnik nasz nie mógł istnieć bez określonego kontekstu politycznego, który stanowił jedną z racji naszego istnienia. Organizowaliśmy więc sami akcje polityczne (na przykład rozdawanie ulotek na Ku'dammie, głównej ulicy miasta, informujących mieszkańców

Strona 203 (21) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"


Berlina o sytuacji w Polsce, o celach i ideałach ruchu "Solidarności"), jak i też włączaliśmy się w inne akcje; przecież nasz pierwszy kontakt z "Biuletynem Informacyjnym" i jego ludźmi wziął się od udziału w demonstracji z okazji rocznicy porozumień sięrpniowych. Należeliśmy do współorganizatorów efektownej demonstracji na rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, 13 grudnia 1982 r. Zwołaliśmy Polaków gdzieś w okolice Gedaechniskirche, w centralnym punkcie miasta, dokąd przyszli ludzie i zapalali świeczki ustawiane wprost na chodniku. Demonstrowaliśmy w rocznicę stanu wojennego pod misją wojskową PRL, przy wielu okazjach otwieraliśmy nasze stoliki informacyjne.

Ale demonstrację, której nie zapomnę i która zrobiła na mnie potężne wrażenie, nie my organizowaliśmy. Była to demonstracja ściśle niemiecka, do której my jako Komitet Obrony "Solidarności" po prostu tylko się przyłączyliśmy. Zorganizowano ją w proteście przeciwko niejasnym okolicznościom śmierci pewnego Niemca z Republiki Federalnej, zatrzymanego przez policję NRD. Zmarł na posterunku milicyjnym: władze Niemiec Wschodnich twierdziły, iż powodem śmierci był atak serca. Tłumaczyły się jednak tak mętnie (upadł na kaloryfer) i tyle pozostawało spraw wątpliwych i niewyjaśnionych w tym incydencie, że wielu podejrzewało, iż zmarł on wskutek zbyt brutalnego przesłuchania przez policję NRD.

Antykomunistyczne akcje w mocno lewicującym Berlinie były rzadkie, więc z tym większą skwapliwością do tego protestu się przyłączyliśmy w przekonaniu, że wszystko, co ma wydźwięk antykomunistyczny, służy również naszej, polskiej sprawie. Sprawa korytarzy drogowych (i lotniczych) łączących Berlin Zachodni z Republiką Federalną była żywotna. Od czasu "mostu powietrznego" 1948/1949 r., kiedy miasto zostało odcięte od świata, nie było większych zakłóceń. Każdy więc incydent, który mógłby sugerować, iż swoboda tranzytu została naruszona albo że władze komunistyczne starają się naruszyć eksterytorialność autostrad, wywoływała wśród mieszkańców Berlina gwałtowne reakcje. Nic tedy dziwnego, że na demonstrację protestacyjną zjawiły się tłumy. Policja wyznaczyła nam trasę bocznymi ulicami Kreuzbergu. Właściwie nie wiem, kiedy zorientowaliśmy się, że naszemu pochodowi środkiem ulicy towarzyszy swoista kontrdemonstracja, żywiołowo formująca się spośród mieszkańców ponurej dzielnicy, jakby dzikich lokatorów opuszczonych, na poły zruinowanych domów, ludzi zasadniczo młodych z marginesu społecznego (a dokładniej: politycznego), dziwacznie poubieranych i przystrojonych jeszcze osobliwszymi fryzurami. Szok był potężny. Po pierwsze — nie spodziewaliśmysię, że w eleganckim, mieszczańskim i dobrze ułożonym Berlinie mogą istnieć całe kwartały dzielnic zamieszkałych przez anarchiczny ełement. Po drugie — zdumiała mnie ich

Strona 204 (22) Czesław Karkowski. Dwa lata z "Poglądem"


dzika, gwałtowna reakcja na naszą demonstrację. Jak byśmy stanowili osobistą dla nich zniewagę i personalnego wroga, którego trzeba zniszczyć. Po trzecie — sprawność policji broniącej nas przed ich furią i agresją.

Pamiętny był też zabawny incydent, kiedy demonstracja przechodziła koło jednego z punktów granicznych i kontrdemonstranci, wypierani przez policję, starali się schronić na pasię "ziemi niczyjej", by w oszołomieniu stwierdzić, że ich "naturalny" — jak myśleli — sojusznik z NRD natychmiast wysłał na nich wschodnioniemiecką milicję, która ich przegnała.

Nie sposób pominąć tutaj naszych, czyli "Poglądu", luźnych raczej kontaktów z ks. Franciszkiem Blachnickiem z Calsbergu k. Mannheim i jego Chrześcijańską Służbą Wyzwolenia Narodów. W jego ośrodku "Światło -Życie" byłem dwa razy, w 1982 r. i w 1983 r. Pierwszy raz przy okazji manifestacji na zamku Hambach, gdzie zebrali się przedstawiciele emigracji politycznych z rozmaitych krajów komunistycznych. Pojechaliśmy tam większą grupą z "Poglądu", by zaznaczyć naszą obecność. Drugim razem wybralismy się tylko z Leszkiem Woźniakiem na konferencję poświęconą stosunkom polsko-ukraińskim. Było to w marcu 1983 r., data szczególnie znacząca, bo akurat w tym czasię Bundestag miał podjąć decyzję w niezwykle gorącej kwestii — o stacjonowaniu amerykańskich rakiet na terytorium Republiki Federalnej.

Duży ośrodek księdza Blachnickiego w Carlsbergu był imponujący. Zajmował spory teren, posiadał wszystko, co trzeba do prowadzenia działalności na szeroką skalę — od pięknej sali konferencyjnej, sypialni dla gości, po w pełni wyposażoną drukarnię. Oglądałem to miejsce z zazdrością tym większą chyba, że znajdowało się głęboko na wsi, osobno, z dala od wszystkiego i wszystkich, w pięknej, zacisznej okolicy. Po ruchliwym, wielkomiejskim Berlinie była to prawdziwa oaza spokoju. Życie natomiast w tym wspaniałym ośrodku było nadzwyczaj skromne: jedzenie tak podstawowe, że wręcz ubogie, Wyposażenie wnętrz klasztornie proste. Widać było, że jest biednie, że nie ma pieniędzy na gospodarstwo. Sam ksiądz Blachnicki — szczupły, mocno łysięjący, raczej drobny z wydatnym nosem, ubrany na czarno, jakby trochę oddalony od rzeczywistości, kręcił się wszędzie, choć do pomocy miał kilka osób.

Ośrodek zaczął się "rozsypywać" dość szybko, ksiądz Blachnicki zmarł. Nie chcę wchodzić w szczegóły tego rozkładu, bo nie znałem sprawy z pierwszej ręki — nastąpiło to już parę lat po przyjeździe do Nowego Jorku.

Świat emigracyjny, jaki widziałem w początkach lat osięmdziesiątych w Berlinie Zachodnim i w całej Republice Federalnej, praktycznie już nie istnieje. Wiele z tamtej rzeczywistości da się odtworzyć na podstawie dokumentów, zawsze jednak pamięć ludzka, choć zawodna, dostarczyć może materiału, którego żadne źródła pisane nie ujawnią.


Czesław Karkowski