Kopfrechts
gb
ger pl Flagge.Pl
Kopflinks
Pogląd, ROK II, Nr 17 (43), 25.09.1983
dwutygodniowy magazyn polityczny
 
Korespondencja z zagranicy
  Andrzej Lewandowski
  List z Australii

Ani się człowiek nie obejrzał, jak upłynął pierwszy rok pobytu w tym kraju. Trochę inaczej wyglqda tutejsza rzeczywistość, gdy patrzy się na nią z perspektywy pewnego doświadczenia. Wprawdzie nie jest ono zbyt duże, ale na pewno trochę inne niż od razu po przyjeździe.

U bardzo wielu znanych mi Polaków, którzy przybyli w ostatnim czasie do Australii, występuje coś, co nazwałbym "kompleksem europejskim". Polega on na nieustannym porównywaniu niemal wszystkiego, co się tutaj zastało lub co chciałoby się zastać, do sytuacji znanej z Europy /głównie z Austrii i Niemiec, gdyż stamtqd przyjeżdża największa ilość Polaków/. Nie da się ukryć, że życie w znanych mi z własnego doświadczenia Niemczech jest na pewno lepiej zorganizowane niż tutaj. Poza tym, co jest niezmiernie ważne, każdy kraj europejski jest nam kulturowo bliższy niż odległa od tysiące kilometrów Australia.

Początkowa euforia i fascynacja mija z czasem, gdy człowiek zaczyna bezpośrednio uczestniczyć w codziennych sprawach tego kraju. Samoizolacja, czyli zamknięcie się w wąskiej grupie etnicznej, nie jest jedynie domeną Polaków. To samo spotyka Włochów, Greków czy Niemców. Aby tego uniknąć dobrze jest przynajmniej częściowo przestawić się na panujący tutaj tzw. luz. Australijczycy twierdzą o sobie, że są ludźmi żyjącymi "na luzie" /easy going/.

Jednym z przejawów tego stanu rzeczy jest postawa, jaką przeciętny "Aussie" przyjmuje wobec spraw, które nie dotyczą go bezpośrednio. Miernikiem ogólnego poziomu świadomości w społeczeństwie są na pewno środki masowego przekazu. Niestety, tutaj rezultat ten nie jest zbyt pomyślny.

Przykładowo, najpopularniejsza w Zachodniej Australii gazeta codzienna "The West Australian" poświęca jedynie dwie strony /na około 60/ wiadomościom ze świata.

Telewizję ratuje istnienie programu rzqdowego ABC, gdyż dwie pozostałe stacje komercyjne w Perth prezentują raczej mierny program. Niedawno przez kilka kolejnych dni szpikowano widzów na przemian transmisjami krykieta i zawodów golfowych. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że były to transmisje 5–godzinne.

Skoro jestem już przy sporcie to parę słów o najpopularniejszych tutaj dyscyplinach. W lecie króluje w Australii krykiet. Polacy generalnie nie wykazują jakoś zainteresowania w tym kierunku i mówiąc między nami, wcale mnie to nie dziwi. Pozostała część roku opanowana jest przez football Aussie rules /"footy"/. Ta nieznana poza Australią gra do złudzenia przypomina rugby i American football. Poza tym uprawia się niemal wszystkie inne dyscypliny, z których jednak żadna popularnością nie dorównuje wymienionym.

Po paru dniach kilkugodzinnych transmisji sportowych jakby dla odmiany Kanał 7–my przedstawił 4,5–godzinny program pt.: "The Russians". Został on zrealizowany w ubiegłym roku przez australijską ekipę filmową przebyającą w ZSRR.

– 51–

Bez odpowiedniego komentarza program ten mógł być bardzo różnie odebrany. Późniejsze rozmowy z tymi, którzy mieli okazję go oglądać, niestety, potwierdziły moje obawy. Film, który w zamyśle jego twórców miał przybliżyć Australijczykom codzienność w Związku Radzieckim, okazał się, delikatnie mówiąc, nieporozumieniem. Momentami można było odnieść wrażenie, że jest to robota "speców" z wydziału dezinformacji KGB. Sielankowy obraz "pierwszego w historii państwa robotników i chłopów" ani przez chwilę nie został zmącony choćby słowem na temat obozów koncentracyjnych, więzień psychiatrycznych i rozpasania wszechobecnej bezpieki.

Wcale mnie nie dziwi to, że powszechnie ignoruje się problem zagrożenia przez radziecki imperializm.

Niedawna wizyta okrętów US Navy w tutejszym porcie Fremantle wywołała falę protestów. Była ona skierowana nie tylko przeciwko obecności amerykańskiej floty, ale domagano się usunięcia amerykańskich urządzeń telekomunikacyjnych z terenu Australii. Stany Zjednoczone utrzymują kilka stacji łączności satelitarnej w tym kraju. W bardzo popularnym programie telewizyjnym, nadawanym w niedzielę wieczorem, zorganizowano rozmowę z radzieckim doradcąą d/s bezpieczeństwa. Rozmowa była prowadzona "na żywo" za pośrednictwem satelity. Na pytanie, czy amerykańskie bazy i urzadzenia telekomunikacyjne w Australii stawiają ten kraj jako potencjalny cel radzieckiego ataku nuklearnego — radziecki doradca odpowiedział twierdząco.

Oczywiście, podziałało to jak przysłowiowa płachta na byka. Redakcje gazet zaczęły otrzymywać listy od "zatroskanych obywateli", którzy nie chcą narażać się potężnemu mocarstwu. Antynuklearna histeria zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Jej apogeum miało miejsce w ubiegłym tygodniu, kiedy Kanał 9–ty pokazał amerykański film "World War III". Była to bardzo prawdopodobnie brzmiąca wersja wydarzeń, które mogą ewentualnie nastąpić w przyszłości. Czasu akcji dokładnie nie sprecyzowano. Wszystko to ma zacząć się od ataku radzieckich spadochroniarzy na rurociąg na Alasce w odwet za amerykańskie embargo zbożowe. Rozruchy głodowe w ZSRR stawiają jego władców w sytuacji dramatycznej. Amerykański prezydent pozostaje nieugięty wobec radzieckiego szantażu odcięcia dostaw ropy z Alaski. Dochodzi do bezpośredniej konfrontacji, rozpoczętej przez żadnych krwi członków radzieckiego Politbiura.

Pozwalam sobie przypuszczać, że wywoływanie całej tej antynuklearnej hecy jest jednym z punktów sowieckiej subwersji w celu stworzenia psychozy strachu w demokratycznych społeczeństwach Zachodu. Niektóre posunięcia obecnego, będacego u władzy od marca tego roku rządu ALP /Partia Pracy/ w Australii zupełnie radzieckim celom nie przeszkadzają, a czasem nawet wręcz pomagają.

Sprawy embarga zbożowego nie będę poruszał, gdyż przykład popłynął z góry, kiedy Stany Zjednoczone z niego zrezygnowały. Zupełnie natomiast niezrozumiałe dla mnie jest odwołanie zakazu kontaktów naukowych, kulturalnych i sportowych z ZSRR, ogłoszonego po inwazji na Afganistan. Nie jestem zwolennikiem ślepej nienawiści, ale nie wydaje mi się, aby można było utrzymać niczym nie zakłócone kontakty z krajem, który prowadzi imperialistyczną wojnę.

Wiadomo przecież nie od dzisiaj, że prywatnie z ZSRR nikt nie wyjeżdża. Niczym niekontrolowane przyjazdy radzieckich "naukowców i ludzi kultury" do Australii na pewno nie wyjdą na dobre jej mieszkańcom.

Sprawa kontaktu ze Zwiazkiem Radzieckim nabrała w Australii szerokiego rozgłosu w zwiazku z wydaleniem pierwszego sekretarza ambasady ZSRR w Canberze W. Iwanowa w kwietniu tego roku. Dało to początek większej aferze, która ciągle trwa i każdy następny tydzień przynosi kolejne rewelacje. Powołano komisję królewską, która prowadzi dochodzenie w sprawie kontaktów wydalonego radzieckiego "dyplomaty" /udowodniono mu przynależność do KGB/ z różnymi wysoko postawionymi osobistościami australijskiego życia politycznego. Jak do tej pory efektem

– 52 –

prac komisji jest dymisja Specjalnego Ministra Stanu M. Younga. Oprócz tego ujawniono, że w kręgach zbliżonych do będącej obecnie u władzy Partii Pracy, znajdują się osoby prywatne inwestujące w handel z ZSRR.

Cała ta afera mocno nadszarpnęła polityczny autorytet obecnego premiera R. Hawke'a, a sam fakt składania przez niego zeznań przed komisją królewską nie ma precedensu w historii tego kraju. Tzw. afera Iwanowa odsłoniła jeszcze jeden słaby punkt demokracji w Australii. Chodzi mianowicie o australijską policję polityczną ASIO /Australian Security and Intelligence Organization/. Jest raczej mało prawdopodobne, aby wykrycie radzieckiego agenta było efektem jej działalności. Deportacja Iwanowa zbiegła się w czasie z wydaleniem jego kolegów z innych krajów zachodnich, co sugeruje, że jest to wynik rewelacji zbiegłego w ubiegłym roku oficera KGB W. Kuziczkina.

W trakcie prowadzonego obecnie dochodzenia ujawniono, że budżet ASIO nie pozwala na efektywne kontrolowanie poczynań pracowników placówek dyplomatycznych ZSRR i innych krajów tzw. demokracji ludowej. A skutki tej działalności są zauważalne na codzień. Komunizujące związki zawodowe czy rozwijający się w bardzo szybkim tempie "ruch pokojowy" — to tylko fragment. Niektórzy politycy inspirowani podszeptami różnych, patrzących "trzeźwo" doradców, proponują niezależny kształt obecności w świecie. Oto przecież chodzi żądnym krwi starcom na Kremlu. Ze skłóconym i walczącym z wewnętrznymi przeciwnościami wrogiem wojuje się znacznie prościej.

Dzisiaj radzieckie okręty podwodne śmiało operują od Jemenu Południowego po Wietnam. Nie tak dawno nikt się ich tutaj nie spodziewał. Co przyniesie jutro?

Są tacy, którzy proponują wyłączenie Australii z obszaru rażenia radzieckich rakiet poprzez wystąpienie z pakt ANZUS i uniemożliwienie Amerykanom korzystania z australijskich baz. Na szczęście zwolennicy tej teorii są na razie w mniejszości.

Czasami zastanawiam się nad tym, jaki jest udział tysięcy uchodźców z krajów komunistycznych, którzy corocznie przybywają do Australii, w kształtowaniu tutejszej opinii publicznej. Z przykrością trzeba stwierdzić, że prawie żaden. Na palcach jednej ręki policzyć można docierające do Australijczyków rewelacje o bezprawiu reżimów totalitarnych czy to w Wietnamie, czy w Środkowej Europie. Duża w tym "zasługa" tutejszych środków masowego przekazu, traktujących informacje pod kątem ich sensacyjności. Walka z istniejącym stanem rzeczy przypominałaby przysłowiową donkiszoterię, więc na razie uczę się, obserwuję i wyciągam wnioski.

Następnym razem nieco więcej o australijskiej arenie politycznej.

Z najlepszymi pozdrowieniami

Andrzej Lewandowski

Email: poglad@poglad-berlinwest.de